Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 marca 2017

Norweska zima - cz. 3

Przed przyjazdem do Norwegii nasze plany nie były do końca sprecyzowane. Myślałyśmy na przykład o odwiedzeniu Lofotów, ale połączenia były na tyle złe, że wystarczyło jedno niepowodzenie, aby spóźnić się na powrotny samolot. Po doświadczeniu pogody panującej w Bodø już wiedziałyśmy, że bez żadnego kombinowania po prostu powolutku pozwiedzamy to, co wcześniej zaplanowałyśmy. Pełen relaks.
Z Narwiku potrzebowałyśmy się dostać do Fauske, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Trondheim. Miałyśmy na to cały dzień, jako że pociąg wyruszał wieczorem i jechał przez całą noc. Autobusy z kolei były dwa - jeden o 7 rano, więc bez szans, żeby na niego wstać, a drugi o 16, więc na styk do pociągu.
Tu ciekawostka - w Norwegii, a przynajmniej w jej północnej części, wszystkie połączenia są pod siebie dopasowane. Wprawdzie odjeżdżają na przykład dwa pociągi czy dwa autobusy dziennie, ale jest to tak ułożone, że kiedy dojedzie się do węzła przesiadkowego/stacji końcowej, za pół godziny czy godzinę na pewno w planie jest kolejny autobus/pociąg, który zawiezie nas jeszcze dalej. Dzięki temu też przy spóźnieniach skorelowane połączenia czekają na to, aby ludzie się przesiedli. W końcu w przeciwnym wypadku musieliby czekać wiele godzin... Inną ciekawostką jest też to, że autobusy w północnej Norwegii zatrzymują się zwykle wszędzie, gdzie się im macha. Nawet miejscy kierowcy często są bardzo wyrozumiali dla pasażerów machających w połowie drogi między przystankami i desperacko próbujących dobiec po pochyłej warstwie lodu do zatrzymującego się pojazdu.

W każdym razie - skoro zaczynając łapać stopa około 10, kiedy to już jest jasno, będziemy miały jeszcze 6 godzin do autobusu, to chyba uda nam się coś złapać, prawda?
Niekoniecznie.

Stanęłyśmy z wyciągniętymi kciukami na podmiejskiej stacji benzynowej mniej więcej tak, jak planowałyśmy. Temperatura panująca na zewnątrz wynosiła jakieś -13°C, więc nie było to szalenie przyjemne doświadczenie, powiedzmy sobie szczerze. Na szczęście w każdym momencie mogłyśmy pójść odtajać do pobliskiej stacji. Próbowałyśmy łapać na karton, łapać bez kartonu, pytać ludzi, którzy tylko nas wyśmiewali - wszystko to bez skutku. Po kilku godzinach zamarzania zatrzymał się Somalijczyk, z którym średnio potrafiłyśmy się dogadać. Koniec końców wyszło lepiej niż poprzednim razem, kiedy próbował nas podwieźć jego rodak, ponieważ dojechałyśmy do kolejnej miejscowości, gdzie próbowałyśmy łapać w miejscu wielozadaniowym - parking supermarketu i przystanek komunikacji międzymiastowej.
Temperatura wynosiła już -18°C, od przyjazdu autobusu dzieliły nas mniej więcej 4 godziny, szanse na złapanie czegokolwiek wyglądały na marne.
Wtem... ktoś się zatrzymał!
I w taki właśnie sposób znalazłyśmy się w samochodzie norwesko-amerykańskiej rodzinki. Mimo że na początku John trochę zraził nas tekstem: "Gdybyście były chłopakami, nie wziąłbym was", cała trójka była przekochana. W końcu zresztą został dostrzeżony fakt, że stoimy na trzaskającym mrozie i jesteśmy takimi bidami. Po raz pierwszy usłyszałyśmy też z ust Norweżki słowa krytykujące jej kraj stwierdzeniem, że Norwegię miło jest odwiedzić, ale niekoniecznie w niej mieszkać. Argument? Cóż, jednak norweskie ceny są wysokie nie tylko dla turystów.
Na tym odcinku miałyśmy okazję zrobić kilka zdjęć dzięki uprzejmości Any, która wręcz nalegała, abyśmy zatrzymały się na poboczu specjalnie w tym celu. Było warto, widoki z głównej drogi to jedne z najlepszych widoków w Norwegii.

Zdjęcie zrobione przy domu Johna i Any. Tak, nic tam nie ma - śnieg, morze, pustka.
Na sam koniec podjechaliśmy do domu podwożącej nas rodziny, gdzie zostałyśmy obdarowane ogromnym pudłem domowych ciastek (wciąż o nich marzę) i odstawione na prom.
Tu pojawił się pewien problem. Północną część Norwegii od środkowej i południowej oddziela przesmyk, przez który można się przedostać tylko i wyłącznie promem, co oznacza, że mogłyśmy albo spróbować łapać stopa wśród ludzi czekających na prom, albo przedostać się promem i łapać tam. Cóż. W kolejce nikt nie skusił się, żeby nas podwieźć.

Przynajmniej mamy ładny karton.

Czekając na prom.

Prom już płynie!
Pozostało nam tylko próbować szczęścia po wyjściu z promu, dumnie przełykając słowa Pana Promowego: "Wow, jesteście szalone. No powodzenia".
Obyło się jednak bez zaskoczeń. Prom odpłynął, samochody minęły nas niewzruszenie, a my postanowiłyśmy iść dalej przed siebie, próbując dotrzeć do przystanku autobusowego i nie zamarznąć.
Szłyśmy tak długo, mijając od czasu do czasu pojedyncze domy. Tak mniej więcej wyglądają norweskie wsie - rzadko rozstawione budynki przy drodze w środku niczego.
Po kilku godzinach, w trakcie której minęło nas nie tak znów wiele samochodów, a my minęłyśmy może kilka latarni rozstawionych w kilku skupiskach oraz jednego łosia, dotarłyśmy do sklepo-restauracjo-stacji benzynowej, która prawdopodobnie była jedynym ośrodkiem usługowym w promieniu dwudziestu kilometrów. Jedyne, co nam tam pozostało, to siedzieć bez życia przy stoliku wśród narzędzi ogrodowych w oczekiwaniu na godzinę, o której po drugiej stronie ulicy, na przystanku autobusowym, zatrzyma się nasz zmechanizowany dyliżans jadący do Fauske.

Do Trondheim dojechałyśmy pociągiem o 8 rano, jednak pierwsze kilka godzin spędziłyśmy w przemiłej (i, jak na norweskie standardy, zaskakująco taniej) kawiarni, oczekując na wschód słońca i przypływ jakichkolwiek sił witalnych. Kiedy to nadeszło, postanowiłyśmy rozdzielić się podczas zwiedzania.

Klasyczne zdjęcie z Trondheim, jakie ma każdy, kto odwiedził to miasto.

Miejska forteca, zwana kostką cukru - w zimowej scenerii szczególnie widać, dlaczego.

Przybrzeżne kamienice z innej strony, w innych barwach. Trochę mniej typowo.
 Nasza podróż dobiegała końca. Wieczorem miałyśmy dojechać na lotnisko i wsiąść w samolot, aby niedługo po północy znaleźć się w Gdańsku.

To jednak nie koniec historii!

Kiedy dotarłyśmy na lotnisko, okazało się, że nasz lot jest opóźniony z 21:55 na 22:55.
Ach. No trudno. Tyle czekałyśmy, to i teraz się doczekamy. Dookoła nas byli sami Polacy, żadne inne loty już się nie odbywały o tej porze.
Niedługo później lot opóźniono na 23:45.
W krótkim czasie do 01:55. Wrzawa. Linie lotnicze oferują rekompensatę w wysokości 1€ za każdą godzinę opóźnienia. 4€ w każdym innym kraju byłoby mniej więcej w porządku, w Norwegii 36 koron wystarcza na jogurt albo napój.
Wcześniej zastanawiałyśmy się, co będziemy robić do czasu odjazdu naszego pociągu do Wrocławia, teraz okazuje się, że nie zdążymy na pociąg o 6. Postanowiłam się zdrzemnąć, skoro miałyśmy jeszcze tyle czasu. Obudził mnie głos z głośnika: "LOT DO GDAŃSKA ODWOŁANY". Oho!
Tutaj wyszły na jaw dwie rzeczy - łaskawość linii lotniczej i gościnność Couchsurferów z Trondheim.
Dlaczego łaskawość? Każdy podróżny miał zapewniony nocleg ze śniadaniem w pobliskim Radissonie Blu. W innych warunkach można by nazwać to profesjonalizmem, niestety ze względu na to, co słyszałam o faktycznych reakcjach w podobnych sytuacjach, jestem zmuszona określić to ironicznie. Dodatkowo, nocleg był zapewniony na jedną noc, a najbliższy samolot odlatywał dwa dni później. Ups!

Noszę ze sobą chaos - z miejsc, w których się zatrzymuję, na moment znikają wszelkie symptomy luksusu.

Kiedy już rozwaliłyśmy swoje rzeczy po pokoju hotelowym, sprawiając, że wyglądał jak pierwszy lepszy akademik, Magda zabrała się za pranie (jedną z nadziei czekających w domu była w końcu możliwość uprania skarpetek), a ja rozsiadłam się wygodnie w fotelu i zaczęłam rozsyłać requesty na Couchsurfingu. I tu zaskakująca sprawa - na 6 wysłanych requestów otrzymałam 6 odpowiedzi, w tym 3 pozytywne i jedną "w sumie nie mogę, ale jeśli nie będziecie miały się gdzie podziać, coś wymyślimy".
W ten sposób kolejnego dnia około południa wsiadałyśmy do pociągu jadącego z powrotem do Trondheim, zabierając ze sobą Dorotę, poznaną w hotelowym holu, która towarzyszyła nam już aż do końca podróży.
Dane nam w prezencie dwa dni spędziłyśmy poznając miasto od zupełnie innej strony, od jakiej pokazać  je może tylko ktoś w nim zakorzeniony, a także po prostu bycząc się i spędzając długie godziny na rozmowach z naszym hostem, Martinem.
Kolejny samolot także się spóźnił, powodując dreszczyk emocji u większości pasażerów (zwłaszcza tych, którym wcześniej, jak i nam, nie udało się dotrzeć do domów), jednak tym razem obyło się bez większych dramatów. Przed pierwszą w nocy już łapałyśmy stopa, lądując we trójkę na dworcu w Tczewie o absurdalnej godzinie i czekając do rana na pociągi.

wtorek, 14 lutego 2017

Norweska zima - cz. 2

Im dłużej nic nie piszę, tym trudniej mi do tego wrócić. Jasne, bardzo chciałam opisać resztę podróży po Norwegii, ale z czasem, z tą całą masą opowiadań, które snułam przyjaciółkom i rodzinie... Co zrobić - spróbuję to odtworzyć teraz, pora wyjść ze stagnacji!

Tak więc skończyłam na marnym sylwestrze, spędzonym w porcie, prawda? Sylwestrze będącym istnym rollercoasterem uczuć dla mnie - wychodząc z nudnej imprezy, klęłam na czym świat stoi, że to najgorszy koniec roku w moim życiu, natomiast wracając z portu, pijana tanim winem, tanecznym krokiem i z tradycyjnymi pieśniami na ustach, czułam się... szczęśliwa.

Nowy Rok odsypiałyśmy do dość późna, co nie jest trudne, gdy prawie cała doba i tak wygląda jak (w najlepszym przypadku) wieczór. Następnie powstał dylemat - co zrobić z tym dniem? Ostatni dzień w Tromsø, trzeba w końcu wejść na tę cholerną Górę-Windę (zaadaptowane przez nas dosłowne tłumaczenie Fjellheisen) i zobaczyć zorzę, żeby nie mieć poczucia totalnej porażki. A co do tej pory?
Próbując złożyć śniadanie z resztek, które zachowały się w mieszkaniu hosta Magdy, u którego nocowałyśmy razem tej nocy, natknęłyśmy się na poważny problem - coś w naszych kanapkach ostro dawało pleśnią. Nie byłyśmy w stanie jednak zidentyfikować, czy chodziło o chleb, pomidory czy mozarellę - cóż, to jest ten właśnie problem z dumpster divingiem... Postanowiłyśmy więc pojechać do mojego hosta, zrobić inne śniadanie, zabrać moje rzeczy i już się z nim pożegnać.

Styrana życiem Magda w otoczeniu śmieciowych chlebków, mango i zdrowego smoothie
W międzyczasie skontaktowałam się z chłopakiem, który wcześniej dał mi znać, że wprawdzie nie może akurat przyjmować gości, ale chętnie się spotka - umówiliśmy się więc na popołudnie. Zabawny był dla mnie fakt, że wystarczyło powiedzieć: "Spotkajmy się pod kościołem", żeby jednoznacznie określić miejsce. Możecie sobie wyobrazić coś takiego w Polsce? W samym Wrocławiu jest kilka różnych kościołów przy samym Rynku!
Kiedy już się spotkaliśmy, czekało nas poszukiwanie jakiegokolwiek lokalu, który byłby czynny mimo święta. Oczywiście udało się - i choć raczej nie było to miejsce, które ktokolwiek z nas wybrałby z własnej woli, miało w sobie "to coś". "Tym czymś" z pewnością były... wszechobecne wielke ekrany LCD wyświetlające mecz piłki nożnej. Siedząc we troje wokół stołu, każde z nas miało przed sobą inny ekran, a znajdując się naprzeciw okna mogłam podziwiać odbicie całego rzędu zielonych prostokątów.
Co było jeszcze bardziej szalone? Męska toaleta.
Dlaczego?
Cóż. Na wprost drzwi znajdował się sedes, a po bokach z jednej strony pisuar, a z drugiej - umywalka z lustrem. Normalne. Po co o tym piszę? Ponieważ wszystko było tak zmyślnie zaplanowane, że nad pisuarem również znajdował się ekran, na którym transmitowano mecz! To znaczy, że można było go obserwować z dokładnie każdego punktu!
Szczerze mówiąc, trochę przerażające... Niestety, damska toaleta nie posiadała ekranu. Dyskryminacja pełną parą!
W tej też restauracji wypiłam, póki co, najdroższe piwo w moim życiu. Półlotrowy kufel Guinessa za 52 złote. Och... to z pewnością jeszcze zapamiętam na dość długo.

DRUGIE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

Wraz z wieczorną porą przyszła chwila, aby w końcu wybrać się na górę. Aron postanowił przejść się z nami, dzięki czemu zyskałyśmy przewodnika. Wszelkie przesłanki wskazywały na to, że szanse na zaobserwowanie zorzy są dość duże!

Gdy tylko zaczęliśmy iść w górę, okazało się, że moja kondycja bardziej przypomina kondycję sześćdziesięcioletniej astmatyczki niż większości osób w moim wieku, a do tego ubrałam się o wiele za ciepło. Tak, z taką kondycją powinnam wchodzić tam chyba w bikini, nawet mimo ujemnych temperatur... Co nie oznacza, że nie czerpałam z tego przyjemności - ślizganie się po głębokich zaspach śniegu na stromych zboczach sprawiało, że czułam się jak foczka polarna. (Zaliczyłam grubo ponad 20 upadków i wcale nie przestawało mnie to bawić!)

Zdjęcie, które zachwyciło japońskich turystów. (Nie, na żywo nie wyglądało to wcale aż tak dobrze).

Nieostre Tromsø widziane z góry
Na szczęście przewidywania się sprawdziły i nasze zmagania zostały nagrodzone widokiem zorzy. Napstrykałam całą masę słabych zdjęć, ale wstawiam tylko dwa ulubione i mniej więcej nadające się do pokazania (co nie zmienia faktu, że spotkani na zboczu japońscy turyści na widok pierwszego z nich wydali z siebie całą salwę dzikich pisków, sprawiając, że poczułam się jak najlepsza fotografka na świecie).

Do domu wróciłyśmy grubo po północy, szykując się na wyprawę autostopem kolejnego dnia. Z jednej strony nie wierzyłyśmy, że uda nam się cokolwiek złapać, z drugiej zaś byłyśmy zdeterminowane. Postanowiłyśmy wybrać się tylko do Narwiku, dokąd odjeżdżały w ciągu dnia dwa autobusy: o 10 i o 16. Cóż, 6 godzin to chyba dostatecznie dużo, żeby coś złapać, prawda?..

O dziwo, okazało się, że dotarłyśmy do celu tak szybko i bezproblemowo, jak byśmy w ogóle nie podejrzewały! Trzy samochody, sami Norwegowie, jakieś 4 godziny... W pewnym momencie stałyśmy na środku średnio uczęszczanej drogi, przy której nie było prawie nic, a temperatura wynosiła jakieś -18. Zastanawiałam się wtedy: czy udałoby nam się zbudować igloo? Ok, norweskie autobusy zatrzymują się wszędzie, ale... nawet tutaj? Dobrze, że to jedyna droga...
Na szczęście zanim zdążyłyśmy nawet na poważnie zmarznąć, zgarnęła nas ciężarówka. Naprawdę niebywałe!

Większy problem stanowiło to, co właściwie robić w Narwiku. Większość osób, którym mówiłyśmy, dokąd zmierzamy, pytała, po co w sumie tam jedziemy.
Po co więc tam jechałyśmy?
Początkowo naszym celem były Lofoty. Wszystko było już właściwie dopięte, kiedy zaczęłyśmy sprawdzać dojazdy. Okazało się, że powrót z Lofotów mógłby nam się wcale nie udać, tym bardziej, jeśli zawiódłby nas autostop. Po dotarciu do Bodø i próbie wyjazdu stamtąd wiedziałyśmy już na pewno, że ominięcie wysp było świetnym pomysłem: po pierwsze, autostop zawiódłby na pewno, a po drugie - wcale nie chciałabym tam być w takich warunkach i przy takiej pogodzie. Jako, że wciąż miałyśmy sporo czasu i średnio pomysł, co z nim zrobić, rzutem na taśmę zdecydowałyśmy się na Narwik. Może rzeczywiście nie było to najbardziej fascynujące miasto świata, ale nadawało się świetnie na odpoczywanie, spacery, robienie ładnych zdjęć i... tak, oglądanie zorzy!

Zimowe drzemki z pamiętniczkiem? Zawsze!


Nieopodal portu w Narwiku
Ostatniego popołudnia w Narwiku rozmawiałyśmy z innym couchsurferem, Axelem, który zatrzymał się u naszej gospodyni, Doroty - planowaliśmy wspólne wyjście do portu wieczorem, gdyż znów zapowiadało się, że będzie ładnie widać zorzę. Axel postanowił, że idzie uciąć sobie drzemkę, a my zajęłyśmy się przygotowywaniem jedzenia na drogę na kolejny dzień, gdy niedługo otworzyły się drzwi wejściowe.

OSTATNIE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

 - Jak chcecie oglądać zorzę, to możecie wyjść, bo teraz jest - rzuciła Dorota, wchodząc do domu.
Czym prędzej pobiegłyśmy więc budzić Axela, ubierać się, zbierać aparaty, aby już po chwili znaleźć się na zewnątrz.
Tym razem nie musieliśmy nawet się oddalać, aby cokolwiek dostrzec - całe niebo rozświetlał zielony blask, wreszcie widać było "taniec". Sporo jednak zasłaniały nam drzewa i domy, więc tak czy inaczej poszliśmy do portu, gdzie zrobiłam jeszcze więcej zdjęć, z których dwa nawet-nawet mogę pokazać:


Tak, wiem, przydałby mi się statyw i lepszy aparat
Myślę, że to już dość długi makaron, żeby nie zanudzić nikogo na śmierć, więc napiszę jeszcze jedną notkę o tym, jak wracałyśmy do domu i jak nic nie poszło po naszej myśli.
I mam nadzieję, że zajmie mi to tym razem mniej niż miesiąc!

czwartek, 19 stycznia 2017

Norweska zima - cz. 1

Przed samym wyjazdem bardzo się stresowałam, nie wiedząc w sumie, dlaczego. Może to przez czekającą mnie siatkę połączeń? Wystarczyło przecież, żeby jeden pociąg spóźnił się o kilka godzin, co przecież dla zimowych polskich pociągów nie jest niczym nadzwyczajnym, żeby wszystko się posypało. Na szczęście nic takiego się nie stało i rankiem 28 grudnia ja i Magda wysiadłyśmy z pociągu na stacji w Mørkved.

Miało być -20 i śnieg, było 0 i śnieg z deszczem

Pogoda, która nas przywitała, nie była zbyt zachęcająca. Początkowo cieszyła mnie duża ilość śniegu dookoła, szybko jednak okazało się, że wcale nie jest tak pięknie, jak się wydawało. Czy było zimno? Otóż... nie do końca! Z nieba padało coś, co powinno było być śniegiem, jednak po kilku godzinach stało się zdecydowanie deszczem. Zalegający na ulicach śnieg zaczął topnieć, jednak chodniki wciąż pokrywała gruba, zdradziecka warstwa lodu.

Po tym, jak dotarłyśmy do naszego hosta, zdecydowałyśmy się spróbować złapać stopa do Saltstraumen, żeby zobaczyć najsilniejszy prąd pływowy świata. To jakieś 23 kilometry, bliziutko! Jeśli jednak myślicie, że w Norwegii łatwo da się złapać stopa zimą...
W krótkim czasie zatrzymał się dla nas pewien Somalijczyk. Z rozmowy widać było, że angielski nie jest jego najmocniejszą stroną, wydawało się jednak, że rozumiemy się i wie, dokąd chcemy jechać. W pewnym momencie jednak Magda nieśmiało zwróciła moją uwagę, wskazując na GPS:
 - Zuza, powinnyśmy były skręcić 6 kilometrów temu...
Och. No trudno. Wysiadłyśmy więc i próbowałyśmy łapać coś z powrotem. Wyglądało to mniej więcej tak:
 

 Po jakiejś godzinie wędrówki połączonej z łapaniem stopa, udało nam się zatrzymać samochód. Nie, nie jechał do Saltstraumen. Trudno - postanowiłyśmy więc zobaczyć Bodø. Słyszałam od ludzi, którzy odwiedzali je wiosną opowieści, że tam nic nie ma. Myślałam, że przecież nie może być tak źle!
Cóż. Zimą? Jest jeszcze gorzej.

Widok ze stacji w Mørkved
W miarę wcześnie wróciłyśmy więc do domu naszego hosta i przegadałyśmy z nim pół nocy, po raz pierwszy nacinając się też na szacowanie czasu. Zima w strefie podbiegunowej nie sprzyja odróżnianiu godziny 19 od 21!

Plan na kolejny dzień obejmował przedostanie się autostopem do Tromsø. Przyznaję - zakładając, że to się uda, nie wzięłam zupełnie pod uwagę panujących warunków. Raczej nie pogodowych, bardziej... społecznych? Norwegowie nie biorą autostopowiczów zbyt chętnie. Oczywiście miałyśmy też zapisane, kiedy odjeżdżają autobusy, postanowiłyśmy więc tak wcześnie, jak się da, zacząć łapać z przystanku, z którego o 7:30 odjeżdżał nasz autobus do Narwiku. Okazało się, że "tak wcześnie, jak się da" to w naszym przypadku 7:00, więc łapanie stopa wyglądało bardziej jak czekanie na autobus z wyciągniętą przed siebie planszą: "NARVIK".

W Norwegii wszystkie połączenia autobusowe i pociągowe są ze sobą skorelowane, więc nie ma obaw, że po dotarciu do krańcowej stacji przyjdzie nam czekać pół dnia, aby dostać się dalej. Oczywiście ma to sens, ponieważ większa część kraju jest długa i wąska, a dużych miejscowości jest na tyle niewiele, że po prostu nie istnieje zbyt wiele możliwości wyboru kierunku. Tak więc nasz autobus do Tromsø odjeżdżał mniej więcej godzinę po naszym przyjeździe do Narwiku. Postanowiłyśmy spędzić ten czas na łapaniu stopa.
Czy muszę dodawać, jaki był efekt?
Ok. Do Tromsø dostałyśmy się autobusem.

Pierwszy dzień w Tromsø wykorzystałyśmy na zwiedzanie miasta. To trochę dużo powiedziane, bo ścisłe centrum nie jest zbyt duże. Tutaj muszę wyrazić swoją opinię - samodzielne eksplorowanie miast północnej Norwegii zimą to jednak kiepski pomysł. Ja na pewno tego nie polecam, zwłaszcza, że od jakiegoś już czasu miasta mnie męczą. Tamtejsze nie są nawet duże, panuje tam bardzo specyficzna atmosfera. To, że jest ciemno, zimno, wieje, pada i nie dzieje się zbyt wiele, to truizmy, ale wszystko to razem sprawia, że "zwiedzanie Tromsø zimą" przypomina zwiedzanie Ustki zimą. W nocy. Nigdy nie byłam w Ustce zimą w nocy, ale przypuszczam, że to nic ciekawego.

Mimo wszystko jednak miasto ma swój urok.

Tromsø - miasto miłości. Chyba.
 Może to właśnie dlatego spędziłyśmy dwa dni na robieniu dokładnie niczego. Centrum Tromsø znajduje się na wyspie Tromsøya, natomiast posiada też część lądową, a także rozciąga się na wyspę Kvalsøya. Na części kontynentalnej, nieopodal Katedry Arktycznej i głównej drogi, niemal pionową ścianą wyrasta góra Storsteinen, na którą można wjechać kolejką linową. Nie jest ona wysoka, sięga 420 m nad poziomem morza, jednak wygląda efektownie.

Do tego, jak można się domyśleć, wydaje się być najlepszym miejscem do wypatrywania zorzy.
Tak - to na tę właśnie górę planowałyśmy wejść przez cały nasz pobyt w Tromsø...

Pomniki porozmieszczane po całym mieście symulują większe zaludnienie
Do wszystkich ciekawostek o mieście docieram w zasadzie dopiero teraz. Dodatkowo korzystanie z uroków miasta utrudniało nam to, że zatrzymałyśmy się u różnych hostów, którzy mieszkali po zupełnie różnych stronach Tromsø, a do tego podczas nocy polarnej zegar biologiczny ulega takiemu zaburzeniu, że cały czas ma się wrażenie pory na spanie.

W nocy wybrałam się z Aengusem, u którego się zatrzymałam, na dumpster diving - dla nieobeznanych, po prostu buszowaliśmy po supermarketowym śmietniku w poszukiwaniu zdatnych do spożycia, acz niekoniecznie do sprzedaży, produktów.
Efekty? Zgodne ze wszystkim, co kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć na temat freeganizmu w Skandynawii! Wróciliśmy do domu z mnóstwem mango, pomidorów, ciastek, mozarelli, jogurtów, chleba... Aż trudno momentami było wtaszczyć to wszystko po ośnieżonych, stromych drogach "na skróty".

Drugiego dnia natomiast przypadał Sylwester. Początkowo planowałyśmy spędzić go na imprezie z którymś z hostów, kiedy jednak udało nam się zjeść wspólnie śniadanie o 13 i wyjść z domu o 15, postanowiłyśmy zmienić trochę plany i przejść w 2017 rok na górze, popijając wino i, być może, podziwiając zorzę.

Arktyczna Katedra, wizytówka Tromsø
 Cóż, i ten plan się nie udał. Koniec końców o północy wylądowałyśmy w porcie, co mnie, jako fankę portów, bardzo ucieszyło. Przedtem jednak...

PIERWSZE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

Magda, po wyjściu z domu Aengusa, zadzwoniła do mnie. Upewniła się, gdzie jest przystanek, po czym krzyknęła:
 - A w ogóle, stara, wychodź z domu, bo zorzę widać!
Wooooow!! Aż pisnęłam, szybko wciągnęłam buty bez sznurowania i czym prędzej wybiegłam z domu, patrząc w niebo i pędząc na drogę, do Magdy.
Na niebie było widać cienką, jasną smugę.
 - To chyba jest zorza, nie? Czy chmura?
Na chmurę to nie wyglądało. Czyli zorza?
Czyli zaraz, zaraz... Nie ma tańczących, zielonych świateł, rozlewających się po całym niebie? To naprawdę wszystko?..

 Jak widać, pierwsze dni nie zwiastują nic ciekawego. Na szczęście, później było już lepiej, o czym napiszę kolejnym razem - do zobaczenia!

sobota, 24 grudnia 2016

Święta, święta, a po świętach...

Opłatki już przełamane, prezenty rozdane, groch z kapustą powoli miesza się w brzuszku z sernikiem. Korzystając z okazji, że rodzina wyszła na pasterkę, a ja sama mam w końcu chwilę na złapanie oddechu, biorę się za nadrabianie zaległości. Już w tej chwili mam całe mnóstwo tematów, które chciałabym poruszyć - są to zarówno podróżnicze opowieści, porady, zabawne anegdoty, ciekawostki, jak i ekologiczno-domowe odkrycia, ale także swego rodzaju zwierzenia z długotrwałych procesów dochodzenia do świadomości własnej osoby i samoakceptacji. Krótko mówiąc - pomysłów jest o wiele więcej niż wolnego czasu, w którym mogę pisać.
Dziś jednak chciałabym napisać o czymś innym. O czymś, co zupełnie nie wiąże się ze świętami, za to pośrednio z ekologią, a bardzo mocno z podróżami i moim brakiem czasu w ciągu ostatniego miesiąca. Cofnijmy się o półtora miesiąca...

PIERWSZA POŁOWA LISTOPADA

Właśnie dowiedziałam się, że mój dobry kolega wyruszył w podróż. Skubany! Niedawno przecież rozmawialiśmy, powiedział tylko, że w listopadzie będzie w Szkocji. A tu nagle widzę na Facebooku posty ze Szwecji, z Norwegii, Szkocji... i dostaję od niego wiadomość, że za dwa dni leci do Brazylii! No co za... Żebym ja umiała siedzieć tak cicho! Ale Norwegia? W październiku? Musi być strasznie zimno. O, ale zapomniałam o tym, że istnieje coś takiego, jak zorza polarna. I ta pocztówka z Lofotów, która wisi nad biurkiem współlokatorki, każdego dnia niemo zapraszając mnie w swoje strony...
Krótki research: "Zorzę polarną najlepiej jest obserwować w marcu".
Super. Pojadę w marcu do Norwegii.

KILKA DNI PÓŹNIEJ

Hej, ale przecież w marcu nie będę miała wolnego. Zacznie się ostatni semestr studiów, kryzys życiowy, pisanie pracy magisterskiej, chaos, kolokwia, nauka do egzaminu, nie da rady pojechać sobie wtedy tropić zorzę. Za to w lutym jest trochę wolnego, może jednak zdecyduję się na luty? Czy w lutym w Norwegii da się przeżyć?
Krótki research. Nie wiadomo, czy da się przeżyć w lutym, ale jacyś ludzie organizują wyprawę z Polski w pierwszej połowie stycznia. Hm. Skoro organizują wyprawę w styczniu, to znaczy, że da się to zrobić.

Nie mam planów na Sylwestra.

Może by tak zamiast Sylwestra z Jedynką spędzić Sylwestra z (być może) zorzą? I (na pewno) ze śniegiem?

Szybki telefon do przyjaciółki:
 - Wiesz, myślałam o tym, żeby pojechać po świętach do Norwegii...
 - O MÓJ BOŻE I SPĘDZISZ SYLWESTRA NA KOLE PODBIEGUNOWYM?! SUPER!!
 - No właśnie dzwonię do ciebie, żeby się upewnić, czy to da się zrobić.
 - Jasne, że tak! Są nawet takie wyprawy, że się jedzie gdzieś za cywilizacje i spędza Sylwestra w namiocie, obserwując zorzę!
 - Nie mam takiego dobrego sprzętu.
 - Możesz wypożyczyć.
 - Wiesz, myślałam raczej o tym, żeby wbić na jakąś imprezę na Couchsurfingu.
 - A, no tak też można.

Po zostaniu obsypaną poradami i entuzjazmem wróciłam do pokoju z (głośną) dobrą nowiną na ustach: Sylwestra spędzam na kole podbiegunowym!

DRUGA POŁOWA LISTOPADA

Sprawdziłam mniej więcej ceny, odległości, połączenia, temperatury. Wybrałam miejsca. Trochę przypadkowo, to fakt. Nieważne. W każdym razie, obawiam się, że największą część funduszy mogą pochłonąć sprzęty - w końcu nie pojadę pod biegun w wełnianym płaszczu z Zary, martensach i hipsterskich dżinsach. To znaczy, można, ale wolałabym wrócić, wrócić żywa, zdrowa, a do tego w jednym kawałku. Z każdym jednym paluszkiem. I z nosem. Pora więc na kolejny research, research ubraniowy.
W krótkim czasie udało mi się zgromadzić najważniejsze rzeczy: puchową kurtkę, kupioną w lumpie za 36 złotych, górskie zimowe buty przekazane od przyjaciółki, spodnie narciarskie pożyczone od współlokatorki, sportową bluzę nieprzepuszczającą wiatru znalezioną na wymiance...

Hej. Wygląda na to, że mój plan jest coraz bardziej realny. Trochę straszno, trochę cudno.


POCZĄTEK GRUDNIA

Sprzęt kupiony, wolne pewne, w listopadzie udało się trochę przyoszczędzić, nawet już znalazłam hosta na Sylwestra... Pora kupować bilety. Uhu!

Miałam kilka wytypowanych osób, z którymi dobrze się dogaduję, które, jak sądziłam, dobrze by się poczuły na takiej wyprawie i być może miałyby akurat czas. Okazało się jednak, że każdy ma już inne plany lub z takich czy innych powodów nie może się ze mną wybrać. Początkowo nawet mnie to cieszyło, z czasem zaczęłam się zastanawiać, co ja będę na przykład robić sama w drodze do Bodø, która zajmie mi niemal 24 godziny.

POŁOWA GRUDNIA

 - O, jedziesz do Norwegii? Do kiedy tam będziesz?
 - Do piątego stycznia.
 - Ach, ja wracam pierwszego...
 - Co? Też będziesz w Norwegii?
 - Moi rodzice mieszkają w Oslo!

I tak od tej rozmowy się zaczęło - jednak nie jadę sama!

Plan więc wygląda w ten sposób, że za dwa dni, 27 grudnia wieczorem, wylatuję z Gdańska do Trondheim. Stamtąd razem z Magdą dostajemy się ekspresem polarnym do Bodø, skąd jeszcze kolejnego dnia pojedziemy do Tromsø.
Będzie bardzo na północ. Będzie bardzo zimno. Będzie bardzo dużo śniegu, którego we Wrocławiu już się nie uświadczy.

Jak to wszystko wyjdzie w praktyce?

To się okaże i na pewno o tym napiszę! Jeśli nie zamarzniemy.

A tymczasem pora wracać do stołu, dopchać się kapustami i świątecznym likierem.

W ferworze przygotowań do wyjazdu życzę Wam spokojnej, świątecznej atmosfery, ciepła rodzinnego, a w 2017 roku dużo silnej woli do wykorzystywania domowej roboty specyfików i ekscytujących, ubogacających podróży!