Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2017

Załamanie w duchu zero waste, czyli krótka historia o chusteczkach

Jeśli Twoje dzieciństwo, podobnie jak moje, przypadało mniej więcej na lata 90., są duże szanse, że pamiętasz zbliżającą się do Twojej twarzy lekko naślinioną materiałową chusteczkę mamy chwilę po tym, jak udało Ci się ubrudzić lodami czekoladowymi niemal całą brodę. Prawdopodobnie jeden z takich momentów miał swój znaczący udział w tym, że przez Twoją głowę coraz częściej przebiegały myśli o treści, mniej więcej:  „Te całe materiałowe chusteczki są obrzydliwe, nigdy w życiu nie będę ich używać z własnej woli!”.
A później pojawiły się ładnie zapakowane (w kolorową, plastikową folię, a jakże) jednorazowe odpowiedniki.
Wielka ulga.

Mniej więcej tak to wyglądało w moim przypadku. Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek sama z siebie choćby rozważę powrót do tej zmory dzieciństwa — a jednak stało się! Na fali wczesnojesiennego szału na wprowadzanie w moje życie zmian prowadzących do świadomego bycia jeszcze bardziej ekologiczną znalazł się i ten punkt. W końcu co może być prostszego? Przy najbliższej wizycie w domu poprosiłam mamę o zaprezentowanie mi jej nieco zapomnianej kolekcji chusteczek i wybrałam kilka, które zabrałam do siebie.

Moje pierwsze skojarzenia do tej pory - wielkie, bure, kraciaste chusty, przekazywane z pokolenia na pokolenie i używane przez mężczyzn w średnim wieku do głośnego wydmuchiwania nosa. [źródło: https://www.militaryuniformsupply.com/files/civil-war-era-assorted-handkerchiefs.jpg ]

Muszę przyznać, że początkowo byłam bardzo zadowolona. Wbrew mojemu wcześniejszemu przekonaniu, doszłam nawet do konkluzji, że wolę materiałowe chusteczki. Kiedy używałam jednorazowych, zwykle walały się wszędzie. Wygniecione papierowe kulki na szafce nocnej, biurku, w torebce, plecaku i kieszeniach wszystkich możliwych noszonych ubrań nie należą do estetycznych. Tutaj materiałowe zyskują znaczną przewagę - nie tylko zwykle używam jednej naraz, więc jej pilnuję i nic się nie wala, ale też wyciąganie z kieszeni białej, koronkowej chusteczki zamiast bibułkowego gniota wygląda o wiele bardziej... szykownie.

Tak, to jest ten moment, w którym do pamięci napływają wszystkie te wiktoriańskie damy ze swoimi chusteczkami. [źródło: http://bumblebeelinens.com/images/JUMBO/Hankie_HFW-001.jpg ]

Wprawdzie nie czuję się szykowną damą, ale jednak wszystko, co pozwala uniknąć tonięcia w śmieciach zabrudzonych wydzielinami jest ogromnym plusem nie tylko w skali świata. Zasmarkana bibuła nie jest śmieciem tej samej kategorii co styropianowa tacka, ale wciąż trzeba pamiętać o foliowych opakowaniach, wytwarzaniu, transporcie... Jeśli można w tym samym celu używać ładnego kawałka materiału, który wystarczy porządnie wyprać, aby służył dalej, dlaczego nie?

Co mnie ciekawiło, to fakt, jak poradzę sobie w sytuacji poważnego kataru. Przez całą zimę wyglądało na to, że idzie mi nieźle. Nawet, kiedy czułam się nieco przeziębiona, wystarczyło, że wcisnęłam w domowy grafik jakieś nieplanowane pranie.

Problem pojawił się w ubiegłym tygodniu. Wrodzone mi roztrzepanie sprawia, że małe przedmioty nie mają ze mną długiego życia, zwłaszcza, jeśli są używane. Najczęściej ślad po nich się urywa albo giną w drastycznych okolicznościach. Kiedy mój układ odpornościowy postanowił zastrajkować, trzy chusteczki, których nie udało mi się zgubić, poległy na polu walki mniej więcej w półtora godziny.
Niestety, musiałam na moment wrócić do jednorazówek. Na szczęście udało mi się "zmieścić" w jednym kartonowym opakowaniu, więc nie wyszło aż tak źle!

Mniej więcej tak się czułam. [źródło: http://cdn2.blisstree.com/wp-content/uploads/2011/10/shutterstock_79632103.jpg ]
Teraz, kiedy już wyzdrowiałam i wróciłam do pełni sił, mając w pamięci horror cieknącego nosa (tak tak, obawiam się, że dopadła mnie męska grypa), mogę zacząć przygotowywać niekończący się zapas chusteczek na przyszłość.

Na koniec jeszcze znaleziony w sieci obrazek, tłumaczący, dlaczego warto nosić przy sobie chusteczkę. Od siebie tylko dodam, że nie polecam czyścić nimi okularów, mogą się porysować. W tym celu tylko ściereczki z mikrofibry od optyka!
Zawsze miałam tylko nadzieję, że te chusteczki oferowane płaczącym damom nie były wcześniej używane. [źródło: https://content.artofmanliness.com/uploads/2012/02/Handkerchief-2-1.jpg ]
A jakie są Twoje doświadczenia w tym temacie?

czwartek, 30 marca 2017

Zmień dietę, uratuj planetę

Jedną z najważniejszych, ale i najbardziej kontrowersyjnych zmian w bezodpadowym trybie życia jest przejście na weganizm.

Awokado - owoc, który wywołuje zbiorową euforię u większości wegan. Z zero waste jest trochę inaczej, bo trzeba pamiętać, że w naszej strefie klimatycznej trzeba je sprowadzać z dość daleka. [źródło: http://www.conservationmagazine.org/wp-content/uploads/2016/03/Avocado-Earth.jpg ]

Nie ukrywam, że sama od najwcześniejszych lat chciałam zostać wegetarianką. Nie do końca rozumiałam wtedy, jakie są ku temu przesłanki poza tym, że było mi szkoda zwierząt, niejedzenie mięsa wydawało mi się takie alternatywne i oryginalne, a przede wszystkim - bohaterka mojej ulubionej kreskówki w każdym odcinku podkreślała swoje wybory żywieniowe.

Pamiętacie Sharon z "Aparatki"? [źródło: http://vignette1.wikia.nocookie.net/braceface/images/d/da/A0e29676-ad58-4506-ab34-1e46cded4a22_detail.jpg/revision/latest?cb=20110412161933 ]

W późniejszych latach moje romanse z wegetarianizmem przechodziły wzloty i upadki, aż do momentu, który nastąpił 3 lata temu.

SZOK I NIEDOWIERZANIE

Co wtedy się stało? Poznałam kilka weganek. Nie wegetarianek, weganek! Nie jedną, kilka! Zaskoczona faktem, że ktoś naprawdę kupuje mleko sojowe i pije je, i to nie kosmici, ale ludzie z krwi i kości, co więcej - z mojego otoczenia, zaczęłam drążyć.
Zaczęło się od kupowania mleka sojowego, tego przedziwnego napoju. Szczerze? Do dzisiaj kocham sojowe czekoladowe z Biedry. Poza tym nie przypuszczałabym wcześniej, że rzeczywiście są to produkty, na które mogę sobie pozwolić.
Kolejnym krokiem było sprawdzenie, dlaczego właściwie weganie nie jedzą mleka i jajek. Mięso - wiadomo, ale nabiał? Co w tym może być złego?
Po raz kolejny prawda niemal ścięła mnie z nóg.
Nadal zresztą zaskakuje mnie, jak niewielką wiedzę ma przeciętny człowiek na temat hodowli przemysłowej, a także jak trudno jest go przekonać, że krowa nie daje mleka sama z siebie, a tylko po porodzie - jak zresztą samica każdego ssaka.

Nie będę się jednak rozwodziła nad etycznością weganizmu ze względu na zwierzęta, bo dziś chodzi mi o coś zupełnie innego. O co konkretnie?
Wielokrotnie spotkałam się z ludźmi, którzy po wielu latach opowiadania żartów z wegan drastycznie zmieniali zdanie i skarżyli mi się na to, że nigdy nie powiedziano im dosadnie, jak zgubny wpływ ma przemysł mięsny (w szczególności) na naszą planetę.

ILU WEGAN POTRZEBA, BY ZMIENIĆ ŻARÓWKĘ?

Popularny żarcik mówi, że żadnego. Weganie i tak nie mogą nic zmienić. Hehe.
Czy jednak rzeczywiście?
Nauka mówi bez ogródek - gdyby każdy człowiek został weganinem, do 2050 roku zmniejszylibyśmy emisję gazów cieplarnianych o ponad połowę [1]. Zmiana obecnych trendów żywieniowych na zdrową dietę spowodowałaby spadek o zaledwie 7%, na wegetarianizm o 44%, weganizm zaś 55%. W dokładniejszą analizę korzyści można wczytać się w Conservation Magazine.

[źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/a6/ca/fd/a6cafdd20d9c199aa2cbc5fdfdd546c4.jpg ]

GARŚĆ STATYSTYK
Na podstawie artykułu "10 Ways Veganism Can Save the Planet" Hannah Sentenac.

 1. 80% światowych zbiorów soi i ponad 50% zbiorów kukurydzy przerabia się na paszę dla zwierząt hodowlanych [2].

2. Rolnictwo odpowiada za ponad 80% dziennego zużycia wody w całych Stanach Zjednoczonych [3].

3. Według badań z 2006 roku, do 2048 wyginą wszystkie żyjątka określane mianem "owoców morza" [4].

4. Wyprodukowanie jednego burgera wymaga zużycia od 15 do 68 tysięcy litrów wody [5].

5. Hodowla bydła pokrywa 45% powierzchni lądów na Ziemi (wolnych od lodu) [6].

6. Przemysł zwierzęcy jest główną przyczyną ginięcia gatunków, powstawania martwych stref w oceanach, zanieczyszczeń wody i niszczenia naturalnych siedlisk, a także 91% niszczenia dżungli amazońskiej [7].

Naprawdę polecam wczytywanie się w podane artykuły, a szczególnie w ostatnie źródło - stronę Cowspiracy. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla podejrzliwych może to na początku wyglądać na jeden wielki spisek, ale wystarczy zapoznać się z badaniami i statystykami, aby zrozumieć, że jeśli rzeczywiście istnieje tu jakiś spisek, to raczej ze strony producentów mięsa.

CO ROBIĆ?

Czy to znaczy, że trzeba z dnia na dzień przejść na weganizm?
Ha! Dobrze by było. Dobrze by było, gdyby każdy człowiek unikał mięsa, nabiału i plastikowych opakowań - nie jest to jednak proste.
Usuwając z diety pół kilo mięsa, oszczędzasz więcej wody niż zrobił(a)byś, nie biorąc prysznica przez pół roku. [źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/7b/36/92/7b369253a198f66ea16637b4c074e126.jpg ]
Szczerze mówiąc, sama nie jestem weganką, bo przy moim szybkim trybie życia i wiecznym braku czasu było to dla mnie zbyt niewygodne. (Tak, to jest wyznanie!). Na co dzień jem wegetariańsko, ale kiedy tylko mam możliwość, wybieram wegańskie posiłki.
Co ważne, zawsze cieszę się, kiedy ktoś z moich jedzących mięso znajomych wybiera wegańską opcję - każdy taki drobny wybór ma wpływ na całokształt i o tym należy pamiętać!
Przy obecnych zmianach w modzie żywieniowej tylko czekać, aż roślinne odpowiedniki staną się jeszcze bardziej powszechnie dostępne.


Źródła:
[1] Springmann M. et al. “Analysis and valuation of the health and climate change cobenefits of dietary change”, Proceedings of the National Academy of Sciences USA
[2] https://www.ciwf.org.uk/includes/documents/cm_docs/2012/t/the_impact_of_industrial_grain_fed_livestock_production_on_food_security_2012.pdf
[3] https://www.ers.usda.gov/topics/farm-practices-management/irrigation-water-use/background.aspx
[4] http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2006/11/02/AR2006110200913.html
[5] https://www.fastcompany.com/1680051/all-the-water-it-takes-to-produce-a-burger?show_rev_content
[6] https://cgspace.cgiar.org/bitstream/handle/10568/10601/IssueBrief3.pdf
[7] http://www.cowspiracy.com/facts/

piątek, 24 lutego 2017

Zero waste

Przeplatając notki podróżnicze z notkami minimalistyczno-ekologiczno-samaniewiemjakimi, zauważyłam, że rzeczywiście jestem coraz bardziej zanurzona w nurt zero waste. Efekt gotowanej żaby - na początku tak tego nie nazywałam. Wygląda więc na to, że to pora najwyższa, aby tak właściwie opisać, czym jest ów ruch i jak wciągnął mnie w swój wir, prawda?

W przyrodzie nic nie ginie. Niestety, zapominamy o tym na co dzień. (źródło: https://www.macalester.edu/sustainability/images/Zero%20Waste%20Image.jpeg )
CO TO JEST ZERO WASTE?

Wystarczy podstawowa znajomość języka angielskiego, żeby domyśleć się, o co chodzi - zero waste, czyli zero odpadów, czyli staramy się nie produkować śmieci. Tak? Proste?
No nie do końca.
Odpady to nie tylko śmieci wrzucane do kontenera z napisem "zmieszane". Odpady to cały pozostawiony po sobie ślad węglowy, zużycie surowców, konsumpcja.
O czym więc należy myśleć, rozważając aspekt zero waste? Weźmy na warsztat mycie naczyń.
W takim przypadku odpadem jest nie tylko plastikowa butelka po detergencie, ale też zanieczyszczona woda, a nawet odpady powstałe w wyniku produkcji i transportu środka czyszczącego. W ten sposób zimna woda jest bardziej ZW niż ciepła, lokalny płyn do mycia naczyń bardziej ZW niż ten sprowadzany z drugiego końca świata, a robiony własnoręcznie - bardziej niż kupny.
Brzmi skomplikowanie? Nie oszukujmy się - koncept jest trudny i nie jest to coś, co wprowadza się w życie z dnia na dzień. Raczej małymi kroczkami dąży się do celu.
To jednak tylko przykład, ogólny zamysł ruchu zero waste polega na tym, aby unikać wytwarzania niepotrzebnych i szkodliwych produktów, a tym już istniejącym dawać nowe życie.

PO CO?

Mimo że od najmłodszych lat uczymy się o tym, że w przyrodzie nic nie ginie, a za swoje czyny musimy ponosić konsekwencje, na co dzień jednak zupełnie o tym nie myślimy. Dbamy o czystość naszego otoczenia, co w dużym stopniu polega na usuwaniu z niego śmieci - no właśnie! Przecież coś, co wrzuci się do osiedlowego śmietnika, nie przestaje istnieć! Zostaje tylko przeniesione na inne, większe śmietnisko, gdzie będzie leżeć. I leżeć. I leżeć.
Ty już umrzesz, Twoje wnuki umrą, a plastikowa butelka po wypitej wczoraj wodzie, folia po batonikach i tubka po paście do zębów zużytej lata temu dalej będą tam leżeć.
Stopniowo śmietniska zajmują coraz większą powierzchnię Ziemi, która też przecież jest naszym domem, na dużo większą skalę.
Co gorsza, nieprzetwarzalne siatki foliowe czy inne plastikowe opakowania stwarzają poważne zagrożenie dla zwierząt, które często mylą je z pożywieniem lub zaplątują się w nie. W Polsce, w Europie często o tym się nie myśli, bo problem nie jest dość wyraźnie widoczny.

A tak to wygląda w niektórych miejscach. (źródło: http://cdn3.collective-evolution.com/assets/uploads/2014/07/ocean-polllution.jpeg )
Oczywiście wystarczy zrobić sobie spacer do pobliskiego lasu po wiosennych roztopach. Widok jest uderzający. Ale później idzie się do czystego domu i przestaje o tym myśleć.

Próbowałam doszukać się, jaki procent Ziemi jest pokryty śmietniskami - znalazłam informacje, że 28% Ziemi, a 88% oceanów. O ile pierwsza odpowiedź nie jest poparta żadnymi źródłami, o tyle druga wydaje mi się dość rzetelna - można o tym poczytać TU.

CO W TAKIM RAZIE ROBIĆ? DWIE ZŁOTE ZASADY RUCHU ZERO WASTE

O ile, jak już wcześniej wspomniałam, wprowadzenie w życie całkowitej bezodpadowości z dnia na dzień jest praktycznie niemożliwe, o tyle bardzo łatwo zorientować się w tym kierunku przy korzystaniu z dwóch zasad.
  • ZASADA 5R: REFUSE, REDUCE, REUSE, RECYCLE, ROT (ang. odmów, ogranicz, użyj ponownie, przetwórz, kompostuj) - wymowne, prawda? Przy okazji rozprawia się z mitem, jakoby głównym celem ruchu było poddawanie recyklingowi wszystkiego, co się da. Nie. Sednem jest odmowa używania wszystkiego, czego się da. Codziennie używamy mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, których w ogóle sobie nie uświadamiamy, a które, jakby się zastanowić, zostały wyprodukowane tylko po to, aby zostać wyrzucone. I nie rozłożyć się przed najbliższe kilkaset lat.
  • CRADLE-TO-CRADLE, CZYLI OD KOŁYSKI DO KOŁYSKI. Szczerze mówiąc, z tą nazwą zetknęłam się po raz pierwszy dopiero dzisiaj, ale tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam o niej wspomnieć. Nawet mimo że tak naprawdę jest tylko rozwinięciem poprzedniej zasady. O co bowiem chodzi? Większość produktów jest dzisiaj używana w cyklu cradle-to-grave, czyli od kołyski do grobu. Jak już napisałam - kupujesz, używasz (albo i nie), wyrzucasz. Co można zrobić inaczej? Użyć ponownie. I ponownie. I ponownie. Nawet nie chodzi o to, żeby nosić jedną koszulkę, aż przetrze się tak, że zostaną z niej pojedyncze nitki. Kiedy się zniszczy, można z niej zrobić na przykład małe woreczki do przechowywania drobiazgów, chusteczki do nosa, przemielić na wypełnienia do poduszek - ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Sama, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym, że istnieją ludzie, którzy próbują w ogóle nie wytwarzać odpadów, pomyślałam, że to bardzo drastyczne, skrajne i niemożliwe. Z perspektywy czasu i znajomości powiem jedno - każde z nas miało takie wrażenie przy pierwszym kontakcie. W dłuższej perspektywie okazuje się jednak, że to nie tylko możliwe, ale i całkiem przyjemne. Owszem, wymaga trochę zachodu, ale jak miło jest pomyśleć sobie, że ja ze śmieciami nie mam nic wspólnego! W końcu śmieci nikt nie lubi.

wtorek, 24 stycznia 2017

Być jak Frida

Do napisania tego posta zbierałam się już od dłuższego czasu. Mnóstwo razy układałam słowa w głowie, jednak wciąż jeszcze nie udało mi się usiąść i spisać wszystkiego od początku do końca. Nie przypuszczałam, że będzie to takie trudne - ale skoro już zaczęłam...
Frida Kahlo, Autoportret

Moje włosy są ciemne, a cera jasna - było tak w zasadzie od kiedy pamiętam i raczej nic się już w tej materii nie zmieni. Wiąże się z tym jedna, niefortunna cecha, dręcząca mnie od późnej podstawówki.
To nie jest tylko piękny, gruby, ciemny warkocz.
Do całej mojej urody należy dodać grube, ciemne, prawie złączone brwi, widoczne na pierwszy rzut oka włosy wszędzie, gdzie się da, a także mało subtelnego wąsika. Czy muszę tłumaczyć, jak bardzo rzutowało to na moją samoocenę w okresie dojrzewania?

Oczywiście bardzo wcześnie zaczęłam się wprawiać w poskramianiu każdego niepokornego włoska, przechodząc przez wzloty i upadki, próbując dojść do mistrzostwa depilacji i jak najlepszych efektów - czyli prawdopodobnie ciała gładkiego jak w przedszkolu. Sen z powiek spędzały mi włosy na rękach i wąsik. Gimnazjum wspominam jako okres wiecznego stresu - goląc włosy na rękach, czułam się jak dziwoląg i starałam się unikać krótkich rękawków, żeby jednak nikt nie widział, że to robię, pozostawiając je samym sobie, czułam się dokładnie tak samo i tak samo próbowałam je zakrywać, żeby z kolei nikt nie widział, jaka jestem owłosiona. Wąsik, za radą starszej siostry i koleżanek, rozjaśniałam wodą utlenioną, co sprawiło tylko, że na długi czas skóra nad moją górną wargą stała się jaśniejsza.
Koszmar nastolatki.

W końcu w okolicach liceum doszłam do tego, co i jak robić, żeby wyglądać i czuć się całkiem normalnie. Po tylu latach! I prawdopodobnie trzymałabym się tego do dzisiaj, gdyby nie moja wrodzona niechęć do bolesnych depilacji, skóry podrażnionej od maszynek i szorstkiej szczeciny, odrastającej w mgnieniu oka.
I gdybym pewnego dnia nie trafiła na post Cassii Chloe:

Traf chciał, że akurat od kilku miesięcy zarzuciłam codzienny rytuał nakładania makijażu oraz spędzałam lato w Hiszpanii, gdzie noszenie makijażu było szczególnie niepraktyczne ze względu na ekstremalnie wysokie temperatury. A także - gdzie nikt mnie nie znał, więc mogłam swobodnie eksperymentować.
Postanowiłam więc sprawdzić, jak zachowają się moje brwi po latach regulowania.
Przez kilka pierwszych tygodni bardzo cieszyłam się z ograniczonego dostępu do luster, bo wszystko odrastało bardzo nieregularnie i wyglądało bardzo przypadkowo. Bardzo źle.

Nie poddałam się jednak i jeszcze przed powrotem do Polski stwierdziłam, że... podoba mi się ten nowy wizerunek! Mam wrażenie, że te niewyregulowane brwi nadają mi bardziej "dzikiego" charakteru. Bardziej ze mną rezonują niż takie idealnie ułożone.

Przy wielu rozmowach słyszałam później od koleżanki:
"A może kiedyś ośmielisz się i zostawisz też w spokoju wąsa? Będziesz jak Frida!"
Zbywałam to śmiechem. Nie, nie, nie, co jak co, ale tego nigdy nie zrobię.
Na pewno.

To znaczy tak mi się wydawało, aż do tych wakacji.

Już wcześniej obserwowałam z wypiekami na twarzy całą tę dyskusję na temat depilacji, braku depilacji, tego, czy golenie nóg jest przejawem zniewolenia kobiet przez zgniły patriarchat i kapitalizm, czy jednak robią to z własnej woli, jak to jest - śledziłam towarzyszące temu emocje, niedowierzając, że ludzi tak bardzo ekscytuje czyjeś owłosienie.
Nigdy jednak nie miałam wyrobionej opinii na ten temat (mówię o dorosłym życiu, nie o gimnazjalnym obrzydzeniu wywołanym przedawkowaniem kolorowych gazetek dla dziewcząt i młodych kobiet). To znaczy, no okej, każdy ma prawo decydować, co chce robić ze swoim ciałem, prawda? Ale czego ja tak naprawdę chciałam?

Wiele się zmieniło ostatniego lata, kiedy spędziłam mnóstwo czasu na łonie przyrody z ludźmi z całego świata, którzy żyją bliżej natury niż przeciętny współczesny obywatel zachodniej Europy. Wtedy moja szala przechylała się na drugą stronę i głupio było mi wyciągnąć przy nich maszynkę i golić nogi nad rzeką. No bo i czemu miałoby to służyć?
Kiedy w październiku wróciłam na łono cywilizacji i zwykłych obowiązków, rzuciłam sama sobie rękawicę. Zostawiam wszystkie włosy w spokoju i patrzę, co z tego wyniknie.

Minęło prawie 5 miesięcy.

Jak było na początku? Bardzo źle. Czułam się wiecznie nieprzystosowana, brzydka, jakaś taka mniej wartościowa. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież przez zdecydowaną większość czasu i tak nie widać, żebym czymkolwiek się różniła od innych kobiet. Kompleksy w dużej mierze są po prostu własną projekcją.
W pewnym przełomowym momencie ogoliłam nogi - już od bardzo dawna nie było to aż takim wydarzeniem!
I co wtedy się stało? Zupełnie nic. To znaczy, poczułam się nieswojo w pierwszych chwilach, ale poza tym nie nastąpił żaden przełom, nie spojrzała na mnie z lustra Miss Universe. Straciłam kilka minut pod prysznicem i wyrzuciłam do kosza kolejną w moim życiu maszynkę, którą pewnie dość trudno będzie przetworzyć. Bilans zysków i strat wskazuje raczej na przewagę strat.

Jak jest teraz? Zupełnie normalnie. No, prawie. Dalej unikam "obnoszenia się", wolę nie odsłaniać nagich pach czy nóg, jeśli nie muszę. Dalej czasem patrząc w lustro zastanawiam się, jak oceniają mnie ludzie. Nie wiem, co z tym zrobię latem - pewnie to, co będzie dla mnie wygodniejsze, zwyczajnie.
O dziwo, po tylu latach okazało się, że zaakceptowanie siebie jest możliwe. Że wystarczy nie słuchać innych, kierowanych własnymi kompleksami. Że trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odkryć, co samemu ma się ochotę czy potrzebę robić, także z własnym ciałem.

I takich odkryć każdemu życzę!

niedziela, 18 grudnia 2016

Eko-pranie bez kasztanów i orzechów

   Jak już pisałam wcześniej, płyn do prania z kasztanów okazał się niewypałem. Najpierw zbieranie kasztanów, później rozłupywanie, przerabianie, próby ususzenia ich, czyszczenie pleśni z pojemników, a to wszystko tylko po to, aby dowiedzieć się, że w zasadzie ani to nie pierze, ani żadnych cudów nie czyni. Ekologiczne, ale nieskuteczne. A orzechy piorące? Sama nigdy z nich nie korzystałam, przyznaję bez bicia - jednak jeśli wierzyć znajomym i informacjom znalezionym w internecie (zarówno na blogach jak i w badaniach), efekt jest dokładnie taki sam - tyle tylko, że orzechy są droższe, pakowane i sprowadzane z Indii. Czyli nie dość, że nie działa, to jeszcze trzeba do tego dorzucić cały ślad węglowy samolotu lecącego przez pół świata - nie dość, że nieskuteczne, to jeszcze nieekologiczne.

   Co więc w zamian?
   Po przeszukaniu internetu w poszukiwaniu czegoś, co pozwoli mi zrobić (och, koniecznie zrobić!) cokolwiek, czym będę mogła wyprać ubrania z lżejszą świadomością i z efektem czystych ubrań (wreszcie), zdecydowałam się w końcu kupić wielką paczkę sody i boraksu (co wykorzystywałam też w płynie do mycia naczyń). Znaleźć sodę w kilogramowej paczce nie przedstawia większych trudności, natomiast z boraksem wcale nie jest tak łatwo. Zależało mi na tym, żeby nie kupować wysyłkowo (transport -> ślad węglowy rośnie, a jeśli można tego uniknąć, to czemu by nie?), natomiast okazało się, że boraks uznaje się za substancję toksyczną i uzyskanie pozwolenia na jego sprzedaż przedstawia pewne trudności. Jak to rzeczywiście jest z tą toksycznością? O tym można przeczytać tutaj, w dużym skrócie zaś - plotki głoszą, że boraks może powodować problemy z płodnością, natomiast nie zostało to potwierdzone. Badania na szczurach (kilkupokoleniowe!) oraz obserwacje pracowników fabryk wytwarzających boraks wykazują brak jakiegokolwiek toksycznego czy ograniczającego płodność działania.

Oczywiście przygotowując proszek nie zauważyłam różnicy między sodą oczyszczoną a sodą kalcynowaną. W płynie do mycia naczyń wspominałam o tym, że podgrzewałam sodę, aby zmienić jej strukturę, natomiast przy proszku w ogóle nie zwróciłam na to uwagi - następnym razem kupię od razu sodę kalcynowaną.

  Jak zrobić ekologiczny proszek?
   Przepisów w internecie jest mnóstwo, wszystkie jednak opierają się na tych samych składnikach w różnych proporcjach. Mój proszek został sporządzony tak:
  • 0,5 kg sody (omyłkowo oczyszczonej - nie powtarzajcie moich błędów i dajcie od razu kalcynowaną),
  • 0,5 kg boraksu,
  • ok. 1/8 kostki szarego mydła roślinnego (czyli najtańszego z Tesco),
  • opcjonalnie ulubiony olejek eteryczny
Trudne? Nie sądzę. Wystarczy zmieszać wszystkie sypkie składniki i przesypać je do jednego pojemnika dla łatwiejszego dozowania. Internet mówi, że na jedno pranie wystarcza jedna lub dwie łyżki stołowe, ja używam proszku więcej, bo nigdy nie radziłam sobie z praniem i nie ufam mojej sodzie oczyszczonej ;) Przy wsypywaniu proszku do pralki dolewamy kilkanaście kropel olejku, dla lepszego utrzymania zapachu dobrze jest dolać do komory przeznaczonej na płyn do płukania.

  Jak to działa?
  Ooooj wspaniale!! Muszę się przyznać do jednego - moje ubrania są wiecznie zaplamione. Pryskający keczup, rozlana herbata, spadające z kanapek pomidory i kapiąca zupa to zjawiska, z którymi muszę sobie radzić dziwnie często, zwykle bez dobrych skutków. Pranie kasztanami nie zdało egzaminu z tego właśnie powodu - brudne ubrania wrzucone do pralki po wyciągnięciu były... nadal brudne. Natomiast już pierwsze pranie z użyciem nowego proszku wywołało u mnie stan bliski euforii - wreszcie ciuchy po praniu są uprane! Czyste, ekologiczne, pachnące lawendą, bez plam, cudownie...
Gdyby nie ciemna strona mocy.
Wiadomo, że w życiu nic nie jest idealnie i zawsze musi być jakiś minus. Co tym razem? Standard - plastikowe butelki. Zgaduję, że plastikowe butelki i tak są o niebo lepsze od nieprzetwarzalnych opakowań, ale czy w takim razie mój proszek ma aż taką przewagę nad ekologicznym proszkiem do prania kupionym w kilkukilogramowej paczce? Cóż, do tego musiałabym sprawdzić wydajność mojego proszku i kupnego. Do tego soda i boraks mogą też posłużyć do całego mnóstwa innych zastosowań, spośród których płyn do mycia naczyń jest tylko jednym. Z sody (tym razem oczyszczonej!) można zrobić nawet szampon czy pastę do mycia ciała.
Szczególnie jeśli rzeczywiście na jedno pranie miałoby wystarczyć kilka łyżek stołowych, myślę, że to wciąż lepszy wybór niż proszek, którego trzeba nasypać więcej, a do tego pewnie został sprowadzony z zagranicy. Czy recyklingowalne opakowanie jest tego warte? To po raz kolejny jest wybór między większym a mniejszym złem.

Tak czy inaczej - z czystym sumieniem polecam ten sposób na pranie. Jest to zdecydowanie najlepszy środek, jaki do tej pory znalazłam, przyjazny zarówno dla środowiska, jak i dla użytkownika. Cenowo natomiast jest porównywalny z chemicznymi proszkami do prania lub niewiele tańszy - za 2 kg proszku zapłacimy niecałe 20 złotych, pod warunkiem, że wybierzemy stacjonarne sklepy.
W Biogo, gdzie robiłam zakupy we Wrocławiu, 1 kg boraksu kosztuje 9,99 zł, natomiast 1 kg sody kalcynowanej 7,49 zł. Za mydło zapłaciłam chyba 1,49 zł. Najdroższy z pewnością jest olejek, ale tutaj dużo zależy od indywidualnych upodobań, jako że ceny wahają się od 7 zł do nawet 20. Taki olejek jest za to bardzo wydajny i można dodawać go nie tylko do proszku czy płynu, ale też do domowego dezodorantu czy oleju do ciała. No, do wszystkiego!

niedziela, 4 grudnia 2016

Eko zmywanie... mydłem?!

Na fali mojego ekologizowania życia codziennego, nie mogłam nie zauważyć problemu, jaki przedstawia mycie naczyń. Ok, wiele osób rozwodzi się nad praniem, czyszczeniem łazienki, nad tym, jak zmienić dietę i usunąć plastikowe opakowania... ale zmywać trzeba dzień w dzień (zwykle nawet po kilka razy) i coś z tym trzeba zrobić. Niektórzy piszą o eko tabletkach do zmywarki. Super. Może gdybym miała zmywarkę...

źródło: http://carajonesspeaks.com/wp-content/uploads/2015/04/dirty-dishes.jpg


Co jest nie tak ze zwykłym płynem do mycia naczyń?
Przede wszystkim, trzeba pamiętać o tym, że nasze gospodarstwo domowe nie jest i nie może być osobnym, odizolowanym od reszty świata bytem. Odpady, które produkujemy w domu, nie znikają po wyrzuceniu śmieci do kontenera ani po spłukaniu w odpływie czy w toalecie. Przestają nas interesować, ale Ziemia dalej musi sobie z tym poradzić. Każdego dnia używamy zwykle ogromnej ilości sztucznie wyprodukowanych, szkodliwych substancji zawartych w płynach do mycia naczyń, proszkach do prania czy mleczkach do czyszczenia, które później trafiają do ścieków i dalej do środowiska wodnego, nie tracąc swych toksycznych właściwości.
Druga sprawa - plastikowe opakowania. Większość płynów jest opakowana w butelkę, która zużywa strasznie dużo plastiku (przyjrzyjcie się dyspozytorowi), więc jeśli da się jakoś ograniczyć produkcję śmieci, to czemu by tego nie zrobić?
Kiedy przyjrzeć się temu bliżej, to wychodzi na to, że jeszcze można zaoszczędzić (co wiąże się, jak zwykle, z małym użyciem surowców, ale wariant ekonomiczny chyba bardziej przemawia do ludzi), no a poza tym... takie kombinowanie to wielka frajda :)

Inspiracje
Jak już wcześniej wspominałam, dużo inspiracji czerpałam z pobytu na Rainbow i ze zwyczajów poznanych tam ludzi. O ile jednak w tym miejscu zmywa się przy pomocy czystego popiołu, którego jest pod dostatkiem, o tyle na co dzień, rzecz jasna, nie mam takich składników pod ręką.
Swoją drogą - jeśli kiedykolwiek nadarzy Ci się okazja, koniecznie spróbuj umyć się przy pomocy popiołu. Natrzeć suchą skórę, a później zmyć chłodną, źródlaną wodą, stojąc na leśnej polanie... Ojej. Rozmarzyłam się. Cudowne uczucie.
Mycie popiołem, czyli "Ash washing", proste. Źródło: http://ash-misty-pikachu.deviantart.com/art/Ash-is-washing-his-Pika-XD-76753955

Poznałam kilka osób, które opowiadały o kimś tam, kto zna kogoś, kto myje sodą, octem, kasztanami (które nie działają :>>> ), ale przy pierwszych próbach poszukiwania dobrego rozwiązania natrafiłam tylko na sposób polegający na myciu naczyń mydłem. Zwykłym, ekologicznym mydłem roślinnym, które można kupić w zasadzie za jakieś 2 złote w Tesco. Oczywiście idealnie byłoby, gdyby takie mydło było jeszcze opakowane w papierowy kartonik bez folii. Albo w ogóle w cokolwiek biodegradowalnego (na przykład jak mydła na wagę, które są jednak bardzo drogie i raczej szkoda ich zużywać na zmywanie brudnych garów).

Jak wyszło?
Nie najgorzej. Lepiej też w sumie mogło być... Naczynia są czyste, ale problem przedstawiają bardziej brudne garnki czy zatłuszczone patelnie. Doczyszczenie naczyń po przypalonym, tłustym daniu zawsze stanowi wyzwanie, nie oszukujmy się. Mydło ma jednak tę wadę, że jest po prostu nieporęczne - trzeba natrzeć mokrą gąbkę i trudno dozować odpowiednią ilość. Szczególnie trudno jest wziąć więcej mydła, kiedy wymaga tego sytuacja.
Poza tym, mieszkając w akademiku trzeba czasem tłumaczyć ludziom, że zmywanie mydłem zamiast Fairy, Ludwikiem czy innym Tymkiem to wcale nie taki głupi czy szalony pomysł ;)

Kilka dni temu jednak, pod wpływem kończącej się kostki mydła oraz kupna dużych paczek sody i boraksu do sporządzania proszku do prania (aha, taki zwiastun którejś z kolejnych notek na temat tego, że jednak kasztany nie są mi pisane), postanowiłam poszukać czegoś bardziej sensownego.

Co znalazłam?
Pana, który myje naczynia w małej ilości wody i tylko wody. Cytat:
"Czasem warto też nalać trochę wody na talerze i zaschnięte części pozostałych naczyń. Potem wziąć dobrą gąbkę i myć. Można użyć też gąbek drucianych (pamiętając, że mogą jednak rysować powierzchnie), gołej ręki, a nawet paznokci.

Można w ten sposób umyć nawet zatłuszczone naczynia, np. patelnię po smażeniu (ja nie smażę - słyszałem to od kogoś, kto smaży, a też nie używa płynu)."
Aha... Ok, jak kto woli, ale ja jednak nie widzę siebie stojącej przy garach, drapiąc paznokciami zatłuszczone patelnie (fuj).

Tekst o tym, jak zmywanie może być formą medytacji. Bardzo ładny i ciekawy.
Okazuje się, że zmywanie, prozaiczna codzienna czynność, może być obszernym tematem!

W końcu udało mi się także natrafić na strony, które proponują kilka wersji własnoręcznie robionych płynów do mycia naczyń. Łącząc dwie wersje (tę i tę) zrobiłam własny płyn.

Przepis na płyn do mycia naczyń:
Składniki:
 - 2 łyżki stołowe sody kalcynowanej (szczerze mówiąc, sama po prostu uprażyłam sodę oczyszczoną i mam tylko nadzieję, a nie pewność, że zmieniła swoją strukturę),
 - 2 łyżki boraksu,
 - 1,5 szklanki wody,
 - ok. 1/8 kostki naturalnego mydła, startego na tarce,
 - kilkanaście kropel olejku eterycznego (w moim przypadku lawendowy - można pominąć, to tylko dla zapachu).

Przygotowanie:
 - Zagotuj wodę, po czym rozpuść w niej sodę i boraks. Poczekaj, aż trochę przestygnie.
 - Kiedy woda będzie wciąż ciepła, ale już nie wrząca, dodaj do niej mydło i olejek.
 - Ciesz się własnym płynem!

Proste, prawda? Konsystencja pozostawia wiele do życzenia - moje mydło po kilku dniach wciąż się całkiem nie rozpuściło, ale nie przeszkadza mi to. Pewnie z czasem spróbuję dodać gliceryny czy jakiegoś innego mydła, ale myślę, że najprostsze wersje są najlepsze, nawet kosztem konsystencji. W końcu dodatkowe składniki to też dodatkowe zbędne opakowania, dodatkowe procesy produkcji - im mniej, tym lepiej.

środa, 9 listopada 2016

Kasztanowe kontrowersje, czyli zróbmy pranie!

Od kiedy pamiętam, pranie robiłam "normalnie". Do jednej komory proszek, do drugiej płyn do płukania, 30 albo 40 stopni, 800 obrotów i po mniej więcej półtorej godziny ubrania znowu są czyściutkie, pachnące chemiczną świeżością i właściwie prawie suche.
Słyszałam o orzechach piorących, znałam ludzi, którzy ich używali, ba, nawet widziałam je i dotykałam ich! Kiedy podniosłam swoją świadomość ekologiczną, zapragnęłam sama zacząć ich używać, ale wtedy... bam! W październiku zobaczyłam na facebooku linka do artykułu, który z miejsca przyciągnął moją uwagę. A to dlatego, że opisywał, jak zrobić płyn do prania z kasztanów. Tak, ze zwykłych kasztanów.
Nie powiem, podekscytowałam się. Jak to tak, z kasztanów? Mam po prostu nazbierać kasztanów i prać?.. Wow. Oczywiście pierwszego z brzegu bezdeszczowego dnia wybrałam się na bezkrwawe polowanie z torbą. Dzieląc się radosną nowiną z przypadkowymi ludźmi.

 - Jak to jest, że w każdym wieku chce się zbierać kasztany, prawda?
 - Ach, bo wie pani, czytałam artykuł o tym, że można zrobić płyn do prania z kasztanów! Teraz nazbieram i będę testować.
 - Z kasztanów? Płyn do prania?!
 - TAK!!
(Tu należy sobie wyobrazić szaleństwo w oczach, ale z tego pozytywnego rodzaju).

Dobra, więc co trzeba zrobić, kiedy już nazbiera się tyle kasztanów, że można sobie nimi wyłożyć całą podłogę w mieszkaniu?

PRZEPIS NA KASZTANOWY PŁYN DO PRANIA
  • Na jedno załadowanie pralki wystarczy wziąć 4-5 kasztanów.
  • Kasztany trzeba rozdrobnić, co można zrobić na kilka sposobów: pokroić nożem na kilka kawałków, zblendować lub owinąć w ściereczkę i potłuc młotkiem albo innymi ciężkimi przedmiotami. Ogółem - im drobniej, tym lepiej. Intuicyjnie obieram kasztany z brązowych łupin, myślę, że tę opcję polecam.
  • Teraz znów mamy kilka możliwości! Można to, co zostało z kasztanów, zawiązać w welurowym woreczku (albo po prostu skarpecie, której już nie będziesz używać) i wrzucić do prania albo zalać szklanką wody. Im cieplejsza woda i drobniejsze cząstki, tym mniej czasu potrzeba, przy zblendowanych i wrzątku wystarcza ponoć 10 minut. Ja zwykle zostawiam na co najmniej pół godziny, najlepiej na noc.
  • Po namoczeniu powinien pozostać mlecznobiały płyn, który odcedzamyprzez sitko. Masę wyrzucamy (nadaje się na kompost), a wody używamy jak płynu do prania. Taki detergent daje się przechowywać w lodówce przez kilka dni.
  • Do prania ręcznego ponoć najlepiej jest wygotować kasztany i dopiero przecedzić.

Kiedy powiedziałam o tym mamie, wpadła w panikę. Dosłownie.

 - Ale jak to, kasztany?! Matko, przecież kasztany brudzą!!
 - Brudzą? Ale jak brudzą? W jaki sposób?
 - NO NA BRUDNO BRUDZĄ!!

Ta informacja nieco mnie zmartwiła. Co będzie, jeśli zamiast czystych ubrań dostanę ubrania bezpowrotnie zniszczone?.. Co jeśli, o zgrozo, będę musiała przyznać mamie rację?
Postanowiłam jednak zaryzykować i zaufać internetowi, twierdzącemu, że kasztany zawierają bardzo dużo saponin - taka lokalna wersja orzechów piorących, nie trzeba sprowadzać z dalekich Indii.

Jak efekty? Cóż. Pierwsze pranie - ok, pobrudzić niczym się nie pobrudziło. Co prawda większe plamy się nie sprały, ale to chyba bardziej moja wina, bo ich nie zaprałam (przyznaję, z jakiegoś powodu jestem beznadziejną praczką, każdy, komu zafarbowałam skarpety na brudny róż albo wymiocinowoniebieski, może to potwierdzić). Nawet jakoś ładnie pachniało, ale zaraz, czy to nie resztki proszku zatrzymane w pralce?
Drugie pranie, w którym pamiętałam o zapraniu plam - super! Chociaż chyba duży udział miało w tym mydło, którym zapierałam?

Gdy otworzyłam wiaderko, aby przygotować się do trzeciego prania...
Fuj. Szczerze, myślałam, że już powysychały... Jeszcze do teraz czuję smród spleśniałych i sfermentowanych kasztanów. Ale, co robić, nie poddam się tak łatwo - znalazłam część nietkniętą przez pleśń i wysuszyłam na kaloryferze, z resztą pożegnałam się raz na zawsze.
Tym razem ubrania wyszły jakieś takie... brudne. To znaczy kiedy wysychały na suszarce, niczym nie przypominały świeżego prania.
Bardziej wydzielały subtelny aromat znoszonych, mokrych ciuchów.
Daję łapkę w dół.

Także po ręcznym praniu (do którego jednak nie wygotowywałam kasztanów) zauważyłam kilka delikatnych, żółtawych śladów w odcieniu płynu kasztanowego. Czyżby mama miała rację?

Dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat wyników tego eksperymentu, usłyszałam sugestie, że być może ubrania wydają mi się czystsze, ale gdybym "uprała" je w samej wodzie, efekty byłyby takie same. Dziś znalazłam artykuł, w którym autorka opisuje badania, według których... pranie orzechami piorącymi jest tak samo efektywne jak pranie samą wodą. Czyli jednak?
Z drugiej strony zaś, wpadłam też na nieco szerszy opis kasztanowej mocy, w dodatku po polsku. Tutaj można też przeczytać, że warto dodać do białego prania sodę oczyszczoną. Rzeczywiście, widziałam internetowe skargi na szarzejące pranie po orzechach indyjskich.

Wniosek z tego wszystkiego dla mnie jest jeden - jeśli chcesz spróbować sam(a), śmiało. Nic złego nie powinno się wydarzyć.
Jeśli o mnie zaś chodzi, może spróbuję jeszcze raz, dla pewności, lecz raczej zaczynam się rozglądać za ulepszeniami tej opcji, które pozwolą cieszyć się czystą odzieżą bez wypuszczania połowy tablicy Mendelejewa do wody, zatruwania środowiska i używania plastikowych opakowań.
Nie daję od razu kasztanom czerwonego światła, ale na pewno nie poprzestanę na nich samych, bo mi coś za mało czystości.

sobota, 5 listopada 2016

Mój Eko Październik - podsumowanie

Jeżeli kasztany, których nazbierałaś do prania, spleśniały co do jednego, pod prysznicem wrzeszczysz, bo ocet wlewa ci się do oczu, widząc swoją nogę wystającą spod kołdry masz ochotę sięgnąć po gaz pieprzowy, ludzie na twój widok robią znaczące miny, a ty sama zamiast chronić planetę masz ochotę zdetonować bombę atomową, to znak, że Eko Październik nie wypalił.

Można powiedzieć, że moje wakacje upłynęły w dużej mierze pod znakiem "ECO". Siedzenie w lesie, gotowanie roślin na ognisku, kąpanie się w rzece, jeżdżenie stopem, kontakty z hipisami i czytanie historii kobiety, która pewnego roku postanowiła każdego dnia dokładać sobie jakieś "zielone" wyzwanie. Złożenie tych wszystkich czynników poskutkowało tym, że zapragnęłam też być zielonym ludkiem, eco, wege, hippie, zero-waste. Wszystko naraz. Od razu. Już, teraz! Owszem, nie od zera, bo już od jakiegoś czasu nie jadam mięsa czy staram się żyć ekologicznie - jednak tempo, które sobie narzuciłam po powrocie do codziennego życia, zdecydowanie było tempem kuli śniegowej. Na szczęście zauważyłam to w porę i stwierdziłam, że nawet, jeśli nie uda mi się zatrzymać całego tego zbioru "dziwactw" na resztę życia, to poeksperymentuję w październiku. Taki Eco October.

Czytając książkę Vanessy Farquharson "Zieloni śpią nago" poczułam się nieco zaskoczona faktem, jak wielką nienawiścią do ekologii wydawała się pałać pod koniec eksperymentu i jak duży wpływ miał on na jej samopoczucie. Wydawało mi się to jakieś przesadzone. Przecież nie golenie nóg, jedzenie lokalnych, ekologicznych produktów, kompostownik w domu i jeżdżenie rowerem to sama zabawa, nie? Cóż. Teraz biję się w piersi. Cholera, Vanessa, po miesiącu, w trakcie którego przecież nie dodawałam nowych rzeczy codziennie, bardzo dobrze to rozumiem. Myślę, że zmuszanie ludzi do ekologicznych wyborów jest najprostszą drogą do wzbudzenia w nich nienawiści do ekologii. Brr.

Zaczynam wprawdzie od końca, a to właśnie dlatego, że ogrom porażki tego wyzwania, który spiętrzył się właśnie dzisiaj, wręcz zmusił mnie do takich wyznań. W kolejnych notkach z tego cyklu będę rozwijała konkretne pomysły, jak je realizowałam, dlaczego, co w nich było w porządku, a co nie, tymczasem pokuszę się o krótkie zestawienie.

1. Pranie kasztanami. Mój numer popisowy. Właściwie całkiem dobry pomysł, pranie wychodzi należycie odświeżone, po zapraniu zeszły nawet większe plamy, co więcej - ładnie pachnie, tak świeżo-orzechowo. To, że trzeba nazbierać kasztanów, to nie jest problem. To, że trzeba te kasztany odpowiednio wcześniej połupać, namoczyć, odfiltrować, to już może być problem, ale do "przeskoczenia". Natomiast przechowywanie... hehehe. Powiem tak - wydawało mi się, że dostatecznie już je porozkładałam, wysuszyłam, poprzebierałam, i, nade wszystko, odłożyłam w odpowiednim momencie. Sięgając po kasztany, żeby przygotować je na dzień przed praniem, zupełnie nie spodziewałam się całego wiaderka pleśni. Szlag by to.

2. Mycie eko-mydełkiem całego ciała, włosów i naczyń. Tutaj właściwie nie mogę narzekać. Hypoalergicznie, tanio, czysto, nawet włosy wychodzą miękkie i lśniące. Tylko tłumaczenie ludziom, dlaczego, do diaska, myjesz naczynia mydłem, bywa dość... dość. I trzeba uważać z myciem patelni. (Swoją drogą - czy może mi ktoś wyjaśnić, jaki jest sens pakowania ekologicznego, roślinnego mydła w folię przed zapakowaniem w tekturkę?!)

3. Płukanie włosów octem owocowym. Ocet domyka łuski włosa, jest tani, biodegradowalny, w pełni naturalny, superwydajny, można go zrobić samodzielnie albo kupić w szklanej butelce, czym przewyższa pełne chemii odżywki pakowane w plastikowe butelki. Są tylko dwa problemy - kiedy przez nierozwagę kapniesz sobie octem do oka, masz wrażenie, że już więcej nic nigdy nie zobaczysz, a kiedy nie zmyjesz zapachu octu przed randką, z pewnością już w życiu nie zobaczysz absztyfikanta.

4. Pożegnanie z maszynką do golenia. O, to jest ciekawy punkt. U mnie związany nie tylko z ekologią, ale także z samoakceptacją i próbą zredefiniowania granic wpływu społecznych standardów piękna na moje życie. Rzeczywiście, udało mi się odkryć na moim ciele takie włosy, które ku własnemu zdumieniu potrafię zaakceptować, jednak, co tu ukrywać - nie mogę się doczekać, kiedy przeproszę depilator i maszynki. Może kiedyś to się zmieni, ale póki co wolę jednak siebie bez wąsa.

5. Używanie wody z octem jako uniwersalnego płynu do czyszczenia. To mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, jako że we wszystkich emulsjach zawsze drażniło mnie, że trudno jest je do końca spłukać, co sprawia wrażenie (dla mnie), jakby po czyszczeniu armatura czy podłoga były jeszcze bardziej brudne. Przy wodzie z octem ten problem znika. Wszystko jest czyste, nie pieni się, nie klei, łatwo się spłukuje, a w dodatku nie śmierdzi! Jedyną drażliwą kwestią pozostaje tłumaczenie współmieszkającym, co robi w łazience ten dziwny słoiczek ze śmierdzącą cieczą i dlaczego zwyczajnie nie kupię płynu do podłóg.

6. Materiałowe chusteczki zamiast higienicznych. Jedno słowo - bomba! Może dlatego, że jeszcze nie złapał mnie porządniejszy katar. Może na początku było niezręcznie wyciągać je przy ludziach, ale w miarę szybko to uczucie zniknęło. W końcu robię dziwniejsze rzeczy, jak mycie naczyń mydłem i chodzenie z owłosionymi łydkami.

W skrócie - życie w zgodzie z ekologicznymi prawidłami rzeczywiście może powodować mniejsze i większe załamania psychiczne, łącznie z poczuciem skrajnego odizolowania od reszty społeczeństwa. Mimo wszystko daje jednak wiele satysfakcji i jest dobrym testerem nie tylko dla znajomości, ale także dla siły własnej woli. W życiu się nie spodziewałam tak spokojnej reakcji otoczenia na to, że właśnie nazbierałam kilka kilogramów kasztanów, które teraz mam zamiar potłuc tłuczkiem do mięsa tylko po to, żeby móc zrobić pranie. Nie przypuszczałam też, że tak łatwo będzie mi oznajmić ludziom, których ledwie znam, że oto właśnie postanowiłam przestać golić nogi.
Wiesz co? Zdradzę Ci mały sekret. Tak po prawdzie, nikogo nie interesuje, czym sprzątasz, pierzesz czy się myjesz, czy i jak segregujesz śmieci, jak się mają Twoje włosy albo w co wydmuchujesz nos. Tak długo, jak nie wchodzisz na niczyją przestrzeń (na przykład rażąco "naturalnym" zapachem), możesz naprawdę robić, co Ci się podoba. Społeczeństwo bardzo lubi narzucać ludziom pewne granice i reguły, dorastamy czując je wyraźnie wokół siebie, ale są one tylko i wyłącznie iluzoryczne. Nie ma tam strażników, którzy zbesztają Cię za maczanie mopa w wodzie z octem zamiast w chemicznym płynie.