Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Wielkanocne snucie planów

Kiedy wróciłam wczoraj do domu, nie spodziewałam się jeszcze, co mnie czeka. Zaczęło się niepozornie - wiadomością z pytaniem, co słychać od kolegi, którego jakiś czas temu zapraszałam do siebie na Wielkanoc. Później przyszło: "jestem teraz 3 tygodnie w Chorwacji, może wpadniesz?".
Pierwsze, co pomyślałam, to że kocham tych ludzi, których poznaję w podróży. Impreza w weekend w Wilnie, przyjeżdżaj! Koncert w środę w Tallinie, będziesz? A może odwiedzisz mnie w Chorwacji, bo przecież mieszkasz tylko 1000 kilometrów dalej? Wszystko wydaje się być takie proste i bezproblemowe.

A później do mnie dotarło, że przecież... zaraz, zaraz.
Zawsze chciałam być tą super spontaniczną, dającą się ponieść okazji osobą. Wiem, że często sprawiam takie wrażenie, ale rzecz w tym, że moja rzekoma spontaniczność jest bardzo dokładnie wykalkulowana. Nie wiem, od jak już dawna obiecywałam sobie, że od teraz akceptuję każdą pojawiającą się szansę, nie ma, że boli - mimo to zawsze pojawiało się COŚ. Potrafiłam wrócić z Serbii do domu na weekend, bo zaplanowałam, że w ten akurat weekend będę robić coś tam w Polsce.
Absolutnie z nikim się nie umawiałam, nic mnie tak naprawdę nie sprowadzało szczególnie mocno, ale nie - ja zaplanowałam.
Otrzymywałam szalenie kuszące propozycje, o jakich wcześniej naprawdę marzyłam, ale nie - ja zaplanowałam.
Moje plany zawsze były sztywne i absolutne, jeśli już coś sobie ustaliłam, to zrobiłam to i koniec, kropka, nie ma dyskusji. Prawie za każdym razem później tego żałowałam, szczególnie w podróży.

Dlatego dotarło do mnie - przecież to wszystko jest takie proste i bezproblemowe.
Lubię tego człowieka? Lubię.
Mam wolne? Mam.
Rozważałam wykorzystanie przerwy wielkanocnej na jakąś podróż? Rozważałam.
Dotarcie do Chorwacji jest osiągalne? Jak najbardziej.

Więc w czym problem? Jeśli chcę naprawdę prowadzić spontaniczne, nomadyczne życie, to warto zacząć zaraz, a nie w wyimaginowanym "kiedyś". To akurat świetna okazja.

Internet mówi, że jest tam właśnie tak. [źródło: http://www.coloursofistria.com/cms_media/images/01-DESTINACIJE/Umag/645x280/umag-645x280-03.2.jpg ]
A zatem te święta zamierzam spędzić na wybrzeżu Adriatyku, w doborowym towarzystwie, z dobrym winem, ukulele i psem. Jestem tak podekscytowana, że chyba nie można było podjąć lepszej decyzji!

Dlatego też chciałam podzielić się radosnym przesłaniem - łapcie okazje! Drugi raz się nie powtórzą. Wychodzenie ze strefy komfortu to banał, ale naprawdę często rezygnujemy z czegoś bez rzeczywistego powodu. Zobaczcie, jak pięknie prosta była ta komunikacja i jak zupełnie niepotrzebnie się takie rzeczy utrudnia na co dzień. Życie jest na tyle skomplikowane, że nie ma sensu jeszcze sobie dokładać.

Z tego miejsca życzę miłego dnia i udanych świąt - lecę się pakować!

wtorek, 14 marca 2017

Norweska zima - cz. 3

Przed przyjazdem do Norwegii nasze plany nie były do końca sprecyzowane. Myślałyśmy na przykład o odwiedzeniu Lofotów, ale połączenia były na tyle złe, że wystarczyło jedno niepowodzenie, aby spóźnić się na powrotny samolot. Po doświadczeniu pogody panującej w Bodø już wiedziałyśmy, że bez żadnego kombinowania po prostu powolutku pozwiedzamy to, co wcześniej zaplanowałyśmy. Pełen relaks.
Z Narwiku potrzebowałyśmy się dostać do Fauske, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Trondheim. Miałyśmy na to cały dzień, jako że pociąg wyruszał wieczorem i jechał przez całą noc. Autobusy z kolei były dwa - jeden o 7 rano, więc bez szans, żeby na niego wstać, a drugi o 16, więc na styk do pociągu.
Tu ciekawostka - w Norwegii, a przynajmniej w jej północnej części, wszystkie połączenia są pod siebie dopasowane. Wprawdzie odjeżdżają na przykład dwa pociągi czy dwa autobusy dziennie, ale jest to tak ułożone, że kiedy dojedzie się do węzła przesiadkowego/stacji końcowej, za pół godziny czy godzinę na pewno w planie jest kolejny autobus/pociąg, który zawiezie nas jeszcze dalej. Dzięki temu też przy spóźnieniach skorelowane połączenia czekają na to, aby ludzie się przesiedli. W końcu w przeciwnym wypadku musieliby czekać wiele godzin... Inną ciekawostką jest też to, że autobusy w północnej Norwegii zatrzymują się zwykle wszędzie, gdzie się im macha. Nawet miejscy kierowcy często są bardzo wyrozumiali dla pasażerów machających w połowie drogi między przystankami i desperacko próbujących dobiec po pochyłej warstwie lodu do zatrzymującego się pojazdu.

W każdym razie - skoro zaczynając łapać stopa około 10, kiedy to już jest jasno, będziemy miały jeszcze 6 godzin do autobusu, to chyba uda nam się coś złapać, prawda?
Niekoniecznie.

Stanęłyśmy z wyciągniętymi kciukami na podmiejskiej stacji benzynowej mniej więcej tak, jak planowałyśmy. Temperatura panująca na zewnątrz wynosiła jakieś -13°C, więc nie było to szalenie przyjemne doświadczenie, powiedzmy sobie szczerze. Na szczęście w każdym momencie mogłyśmy pójść odtajać do pobliskiej stacji. Próbowałyśmy łapać na karton, łapać bez kartonu, pytać ludzi, którzy tylko nas wyśmiewali - wszystko to bez skutku. Po kilku godzinach zamarzania zatrzymał się Somalijczyk, z którym średnio potrafiłyśmy się dogadać. Koniec końców wyszło lepiej niż poprzednim razem, kiedy próbował nas podwieźć jego rodak, ponieważ dojechałyśmy do kolejnej miejscowości, gdzie próbowałyśmy łapać w miejscu wielozadaniowym - parking supermarketu i przystanek komunikacji międzymiastowej.
Temperatura wynosiła już -18°C, od przyjazdu autobusu dzieliły nas mniej więcej 4 godziny, szanse na złapanie czegokolwiek wyglądały na marne.
Wtem... ktoś się zatrzymał!
I w taki właśnie sposób znalazłyśmy się w samochodzie norwesko-amerykańskiej rodzinki. Mimo że na początku John trochę zraził nas tekstem: "Gdybyście były chłopakami, nie wziąłbym was", cała trójka była przekochana. W końcu zresztą został dostrzeżony fakt, że stoimy na trzaskającym mrozie i jesteśmy takimi bidami. Po raz pierwszy usłyszałyśmy też z ust Norweżki słowa krytykujące jej kraj stwierdzeniem, że Norwegię miło jest odwiedzić, ale niekoniecznie w niej mieszkać. Argument? Cóż, jednak norweskie ceny są wysokie nie tylko dla turystów.
Na tym odcinku miałyśmy okazję zrobić kilka zdjęć dzięki uprzejmości Any, która wręcz nalegała, abyśmy zatrzymały się na poboczu specjalnie w tym celu. Było warto, widoki z głównej drogi to jedne z najlepszych widoków w Norwegii.

Zdjęcie zrobione przy domu Johna i Any. Tak, nic tam nie ma - śnieg, morze, pustka.
Na sam koniec podjechaliśmy do domu podwożącej nas rodziny, gdzie zostałyśmy obdarowane ogromnym pudłem domowych ciastek (wciąż o nich marzę) i odstawione na prom.
Tu pojawił się pewien problem. Północną część Norwegii od środkowej i południowej oddziela przesmyk, przez który można się przedostać tylko i wyłącznie promem, co oznacza, że mogłyśmy albo spróbować łapać stopa wśród ludzi czekających na prom, albo przedostać się promem i łapać tam. Cóż. W kolejce nikt nie skusił się, żeby nas podwieźć.

Przynajmniej mamy ładny karton.

Czekając na prom.

Prom już płynie!
Pozostało nam tylko próbować szczęścia po wyjściu z promu, dumnie przełykając słowa Pana Promowego: "Wow, jesteście szalone. No powodzenia".
Obyło się jednak bez zaskoczeń. Prom odpłynął, samochody minęły nas niewzruszenie, a my postanowiłyśmy iść dalej przed siebie, próbując dotrzeć do przystanku autobusowego i nie zamarznąć.
Szłyśmy tak długo, mijając od czasu do czasu pojedyncze domy. Tak mniej więcej wyglądają norweskie wsie - rzadko rozstawione budynki przy drodze w środku niczego.
Po kilku godzinach, w trakcie której minęło nas nie tak znów wiele samochodów, a my minęłyśmy może kilka latarni rozstawionych w kilku skupiskach oraz jednego łosia, dotarłyśmy do sklepo-restauracjo-stacji benzynowej, która prawdopodobnie była jedynym ośrodkiem usługowym w promieniu dwudziestu kilometrów. Jedyne, co nam tam pozostało, to siedzieć bez życia przy stoliku wśród narzędzi ogrodowych w oczekiwaniu na godzinę, o której po drugiej stronie ulicy, na przystanku autobusowym, zatrzyma się nasz zmechanizowany dyliżans jadący do Fauske.

Do Trondheim dojechałyśmy pociągiem o 8 rano, jednak pierwsze kilka godzin spędziłyśmy w przemiłej (i, jak na norweskie standardy, zaskakująco taniej) kawiarni, oczekując na wschód słońca i przypływ jakichkolwiek sił witalnych. Kiedy to nadeszło, postanowiłyśmy rozdzielić się podczas zwiedzania.

Klasyczne zdjęcie z Trondheim, jakie ma każdy, kto odwiedził to miasto.

Miejska forteca, zwana kostką cukru - w zimowej scenerii szczególnie widać, dlaczego.

Przybrzeżne kamienice z innej strony, w innych barwach. Trochę mniej typowo.
 Nasza podróż dobiegała końca. Wieczorem miałyśmy dojechać na lotnisko i wsiąść w samolot, aby niedługo po północy znaleźć się w Gdańsku.

To jednak nie koniec historii!

Kiedy dotarłyśmy na lotnisko, okazało się, że nasz lot jest opóźniony z 21:55 na 22:55.
Ach. No trudno. Tyle czekałyśmy, to i teraz się doczekamy. Dookoła nas byli sami Polacy, żadne inne loty już się nie odbywały o tej porze.
Niedługo później lot opóźniono na 23:45.
W krótkim czasie do 01:55. Wrzawa. Linie lotnicze oferują rekompensatę w wysokości 1€ za każdą godzinę opóźnienia. 4€ w każdym innym kraju byłoby mniej więcej w porządku, w Norwegii 36 koron wystarcza na jogurt albo napój.
Wcześniej zastanawiałyśmy się, co będziemy robić do czasu odjazdu naszego pociągu do Wrocławia, teraz okazuje się, że nie zdążymy na pociąg o 6. Postanowiłam się zdrzemnąć, skoro miałyśmy jeszcze tyle czasu. Obudził mnie głos z głośnika: "LOT DO GDAŃSKA ODWOŁANY". Oho!
Tutaj wyszły na jaw dwie rzeczy - łaskawość linii lotniczej i gościnność Couchsurferów z Trondheim.
Dlaczego łaskawość? Każdy podróżny miał zapewniony nocleg ze śniadaniem w pobliskim Radissonie Blu. W innych warunkach można by nazwać to profesjonalizmem, niestety ze względu na to, co słyszałam o faktycznych reakcjach w podobnych sytuacjach, jestem zmuszona określić to ironicznie. Dodatkowo, nocleg był zapewniony na jedną noc, a najbliższy samolot odlatywał dwa dni później. Ups!

Noszę ze sobą chaos - z miejsc, w których się zatrzymuję, na moment znikają wszelkie symptomy luksusu.

Kiedy już rozwaliłyśmy swoje rzeczy po pokoju hotelowym, sprawiając, że wyglądał jak pierwszy lepszy akademik, Magda zabrała się za pranie (jedną z nadziei czekających w domu była w końcu możliwość uprania skarpetek), a ja rozsiadłam się wygodnie w fotelu i zaczęłam rozsyłać requesty na Couchsurfingu. I tu zaskakująca sprawa - na 6 wysłanych requestów otrzymałam 6 odpowiedzi, w tym 3 pozytywne i jedną "w sumie nie mogę, ale jeśli nie będziecie miały się gdzie podziać, coś wymyślimy".
W ten sposób kolejnego dnia około południa wsiadałyśmy do pociągu jadącego z powrotem do Trondheim, zabierając ze sobą Dorotę, poznaną w hotelowym holu, która towarzyszyła nam już aż do końca podróży.
Dane nam w prezencie dwa dni spędziłyśmy poznając miasto od zupełnie innej strony, od jakiej pokazać  je może tylko ktoś w nim zakorzeniony, a także po prostu bycząc się i spędzając długie godziny na rozmowach z naszym hostem, Martinem.
Kolejny samolot także się spóźnił, powodując dreszczyk emocji u większości pasażerów (zwłaszcza tych, którym wcześniej, jak i nam, nie udało się dotrzeć do domów), jednak tym razem obyło się bez większych dramatów. Przed pierwszą w nocy już łapałyśmy stopa, lądując we trójkę na dworcu w Tczewie o absurdalnej godzinie i czekając do rana na pociągi.

wtorek, 14 lutego 2017

Norweska zima - cz. 2

Im dłużej nic nie piszę, tym trudniej mi do tego wrócić. Jasne, bardzo chciałam opisać resztę podróży po Norwegii, ale z czasem, z tą całą masą opowiadań, które snułam przyjaciółkom i rodzinie... Co zrobić - spróbuję to odtworzyć teraz, pora wyjść ze stagnacji!

Tak więc skończyłam na marnym sylwestrze, spędzonym w porcie, prawda? Sylwestrze będącym istnym rollercoasterem uczuć dla mnie - wychodząc z nudnej imprezy, klęłam na czym świat stoi, że to najgorszy koniec roku w moim życiu, natomiast wracając z portu, pijana tanim winem, tanecznym krokiem i z tradycyjnymi pieśniami na ustach, czułam się... szczęśliwa.

Nowy Rok odsypiałyśmy do dość późna, co nie jest trudne, gdy prawie cała doba i tak wygląda jak (w najlepszym przypadku) wieczór. Następnie powstał dylemat - co zrobić z tym dniem? Ostatni dzień w Tromsø, trzeba w końcu wejść na tę cholerną Górę-Windę (zaadaptowane przez nas dosłowne tłumaczenie Fjellheisen) i zobaczyć zorzę, żeby nie mieć poczucia totalnej porażki. A co do tej pory?
Próbując złożyć śniadanie z resztek, które zachowały się w mieszkaniu hosta Magdy, u którego nocowałyśmy razem tej nocy, natknęłyśmy się na poważny problem - coś w naszych kanapkach ostro dawało pleśnią. Nie byłyśmy w stanie jednak zidentyfikować, czy chodziło o chleb, pomidory czy mozarellę - cóż, to jest ten właśnie problem z dumpster divingiem... Postanowiłyśmy więc pojechać do mojego hosta, zrobić inne śniadanie, zabrać moje rzeczy i już się z nim pożegnać.

Styrana życiem Magda w otoczeniu śmieciowych chlebków, mango i zdrowego smoothie
W międzyczasie skontaktowałam się z chłopakiem, który wcześniej dał mi znać, że wprawdzie nie może akurat przyjmować gości, ale chętnie się spotka - umówiliśmy się więc na popołudnie. Zabawny był dla mnie fakt, że wystarczyło powiedzieć: "Spotkajmy się pod kościołem", żeby jednoznacznie określić miejsce. Możecie sobie wyobrazić coś takiego w Polsce? W samym Wrocławiu jest kilka różnych kościołów przy samym Rynku!
Kiedy już się spotkaliśmy, czekało nas poszukiwanie jakiegokolwiek lokalu, który byłby czynny mimo święta. Oczywiście udało się - i choć raczej nie było to miejsce, które ktokolwiek z nas wybrałby z własnej woli, miało w sobie "to coś". "Tym czymś" z pewnością były... wszechobecne wielke ekrany LCD wyświetlające mecz piłki nożnej. Siedząc we troje wokół stołu, każde z nas miało przed sobą inny ekran, a znajdując się naprzeciw okna mogłam podziwiać odbicie całego rzędu zielonych prostokątów.
Co było jeszcze bardziej szalone? Męska toaleta.
Dlaczego?
Cóż. Na wprost drzwi znajdował się sedes, a po bokach z jednej strony pisuar, a z drugiej - umywalka z lustrem. Normalne. Po co o tym piszę? Ponieważ wszystko było tak zmyślnie zaplanowane, że nad pisuarem również znajdował się ekran, na którym transmitowano mecz! To znaczy, że można było go obserwować z dokładnie każdego punktu!
Szczerze mówiąc, trochę przerażające... Niestety, damska toaleta nie posiadała ekranu. Dyskryminacja pełną parą!
W tej też restauracji wypiłam, póki co, najdroższe piwo w moim życiu. Półlotrowy kufel Guinessa za 52 złote. Och... to z pewnością jeszcze zapamiętam na dość długo.

DRUGIE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

Wraz z wieczorną porą przyszła chwila, aby w końcu wybrać się na górę. Aron postanowił przejść się z nami, dzięki czemu zyskałyśmy przewodnika. Wszelkie przesłanki wskazywały na to, że szanse na zaobserwowanie zorzy są dość duże!

Gdy tylko zaczęliśmy iść w górę, okazało się, że moja kondycja bardziej przypomina kondycję sześćdziesięcioletniej astmatyczki niż większości osób w moim wieku, a do tego ubrałam się o wiele za ciepło. Tak, z taką kondycją powinnam wchodzić tam chyba w bikini, nawet mimo ujemnych temperatur... Co nie oznacza, że nie czerpałam z tego przyjemności - ślizganie się po głębokich zaspach śniegu na stromych zboczach sprawiało, że czułam się jak foczka polarna. (Zaliczyłam grubo ponad 20 upadków i wcale nie przestawało mnie to bawić!)

Zdjęcie, które zachwyciło japońskich turystów. (Nie, na żywo nie wyglądało to wcale aż tak dobrze).

Nieostre Tromsø widziane z góry
Na szczęście przewidywania się sprawdziły i nasze zmagania zostały nagrodzone widokiem zorzy. Napstrykałam całą masę słabych zdjęć, ale wstawiam tylko dwa ulubione i mniej więcej nadające się do pokazania (co nie zmienia faktu, że spotkani na zboczu japońscy turyści na widok pierwszego z nich wydali z siebie całą salwę dzikich pisków, sprawiając, że poczułam się jak najlepsza fotografka na świecie).

Do domu wróciłyśmy grubo po północy, szykując się na wyprawę autostopem kolejnego dnia. Z jednej strony nie wierzyłyśmy, że uda nam się cokolwiek złapać, z drugiej zaś byłyśmy zdeterminowane. Postanowiłyśmy wybrać się tylko do Narwiku, dokąd odjeżdżały w ciągu dnia dwa autobusy: o 10 i o 16. Cóż, 6 godzin to chyba dostatecznie dużo, żeby coś złapać, prawda?..

O dziwo, okazało się, że dotarłyśmy do celu tak szybko i bezproblemowo, jak byśmy w ogóle nie podejrzewały! Trzy samochody, sami Norwegowie, jakieś 4 godziny... W pewnym momencie stałyśmy na środku średnio uczęszczanej drogi, przy której nie było prawie nic, a temperatura wynosiła jakieś -18. Zastanawiałam się wtedy: czy udałoby nam się zbudować igloo? Ok, norweskie autobusy zatrzymują się wszędzie, ale... nawet tutaj? Dobrze, że to jedyna droga...
Na szczęście zanim zdążyłyśmy nawet na poważnie zmarznąć, zgarnęła nas ciężarówka. Naprawdę niebywałe!

Większy problem stanowiło to, co właściwie robić w Narwiku. Większość osób, którym mówiłyśmy, dokąd zmierzamy, pytała, po co w sumie tam jedziemy.
Po co więc tam jechałyśmy?
Początkowo naszym celem były Lofoty. Wszystko było już właściwie dopięte, kiedy zaczęłyśmy sprawdzać dojazdy. Okazało się, że powrót z Lofotów mógłby nam się wcale nie udać, tym bardziej, jeśli zawiódłby nas autostop. Po dotarciu do Bodø i próbie wyjazdu stamtąd wiedziałyśmy już na pewno, że ominięcie wysp było świetnym pomysłem: po pierwsze, autostop zawiódłby na pewno, a po drugie - wcale nie chciałabym tam być w takich warunkach i przy takiej pogodzie. Jako, że wciąż miałyśmy sporo czasu i średnio pomysł, co z nim zrobić, rzutem na taśmę zdecydowałyśmy się na Narwik. Może rzeczywiście nie było to najbardziej fascynujące miasto świata, ale nadawało się świetnie na odpoczywanie, spacery, robienie ładnych zdjęć i... tak, oglądanie zorzy!

Zimowe drzemki z pamiętniczkiem? Zawsze!


Nieopodal portu w Narwiku
Ostatniego popołudnia w Narwiku rozmawiałyśmy z innym couchsurferem, Axelem, który zatrzymał się u naszej gospodyni, Doroty - planowaliśmy wspólne wyjście do portu wieczorem, gdyż znów zapowiadało się, że będzie ładnie widać zorzę. Axel postanowił, że idzie uciąć sobie drzemkę, a my zajęłyśmy się przygotowywaniem jedzenia na drogę na kolejny dzień, gdy niedługo otworzyły się drzwi wejściowe.

OSTATNIE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

 - Jak chcecie oglądać zorzę, to możecie wyjść, bo teraz jest - rzuciła Dorota, wchodząc do domu.
Czym prędzej pobiegłyśmy więc budzić Axela, ubierać się, zbierać aparaty, aby już po chwili znaleźć się na zewnątrz.
Tym razem nie musieliśmy nawet się oddalać, aby cokolwiek dostrzec - całe niebo rozświetlał zielony blask, wreszcie widać było "taniec". Sporo jednak zasłaniały nam drzewa i domy, więc tak czy inaczej poszliśmy do portu, gdzie zrobiłam jeszcze więcej zdjęć, z których dwa nawet-nawet mogę pokazać:


Tak, wiem, przydałby mi się statyw i lepszy aparat
Myślę, że to już dość długi makaron, żeby nie zanudzić nikogo na śmierć, więc napiszę jeszcze jedną notkę o tym, jak wracałyśmy do domu i jak nic nie poszło po naszej myśli.
I mam nadzieję, że zajmie mi to tym razem mniej niż miesiąc!

czwartek, 19 stycznia 2017

Norweska zima - cz. 1

Przed samym wyjazdem bardzo się stresowałam, nie wiedząc w sumie, dlaczego. Może to przez czekającą mnie siatkę połączeń? Wystarczyło przecież, żeby jeden pociąg spóźnił się o kilka godzin, co przecież dla zimowych polskich pociągów nie jest niczym nadzwyczajnym, żeby wszystko się posypało. Na szczęście nic takiego się nie stało i rankiem 28 grudnia ja i Magda wysiadłyśmy z pociągu na stacji w Mørkved.

Miało być -20 i śnieg, było 0 i śnieg z deszczem

Pogoda, która nas przywitała, nie była zbyt zachęcająca. Początkowo cieszyła mnie duża ilość śniegu dookoła, szybko jednak okazało się, że wcale nie jest tak pięknie, jak się wydawało. Czy było zimno? Otóż... nie do końca! Z nieba padało coś, co powinno było być śniegiem, jednak po kilku godzinach stało się zdecydowanie deszczem. Zalegający na ulicach śnieg zaczął topnieć, jednak chodniki wciąż pokrywała gruba, zdradziecka warstwa lodu.

Po tym, jak dotarłyśmy do naszego hosta, zdecydowałyśmy się spróbować złapać stopa do Saltstraumen, żeby zobaczyć najsilniejszy prąd pływowy świata. To jakieś 23 kilometry, bliziutko! Jeśli jednak myślicie, że w Norwegii łatwo da się złapać stopa zimą...
W krótkim czasie zatrzymał się dla nas pewien Somalijczyk. Z rozmowy widać było, że angielski nie jest jego najmocniejszą stroną, wydawało się jednak, że rozumiemy się i wie, dokąd chcemy jechać. W pewnym momencie jednak Magda nieśmiało zwróciła moją uwagę, wskazując na GPS:
 - Zuza, powinnyśmy były skręcić 6 kilometrów temu...
Och. No trudno. Wysiadłyśmy więc i próbowałyśmy łapać coś z powrotem. Wyglądało to mniej więcej tak:
 

 Po jakiejś godzinie wędrówki połączonej z łapaniem stopa, udało nam się zatrzymać samochód. Nie, nie jechał do Saltstraumen. Trudno - postanowiłyśmy więc zobaczyć Bodø. Słyszałam od ludzi, którzy odwiedzali je wiosną opowieści, że tam nic nie ma. Myślałam, że przecież nie może być tak źle!
Cóż. Zimą? Jest jeszcze gorzej.

Widok ze stacji w Mørkved
W miarę wcześnie wróciłyśmy więc do domu naszego hosta i przegadałyśmy z nim pół nocy, po raz pierwszy nacinając się też na szacowanie czasu. Zima w strefie podbiegunowej nie sprzyja odróżnianiu godziny 19 od 21!

Plan na kolejny dzień obejmował przedostanie się autostopem do Tromsø. Przyznaję - zakładając, że to się uda, nie wzięłam zupełnie pod uwagę panujących warunków. Raczej nie pogodowych, bardziej... społecznych? Norwegowie nie biorą autostopowiczów zbyt chętnie. Oczywiście miałyśmy też zapisane, kiedy odjeżdżają autobusy, postanowiłyśmy więc tak wcześnie, jak się da, zacząć łapać z przystanku, z którego o 7:30 odjeżdżał nasz autobus do Narwiku. Okazało się, że "tak wcześnie, jak się da" to w naszym przypadku 7:00, więc łapanie stopa wyglądało bardziej jak czekanie na autobus z wyciągniętą przed siebie planszą: "NARVIK".

W Norwegii wszystkie połączenia autobusowe i pociągowe są ze sobą skorelowane, więc nie ma obaw, że po dotarciu do krańcowej stacji przyjdzie nam czekać pół dnia, aby dostać się dalej. Oczywiście ma to sens, ponieważ większa część kraju jest długa i wąska, a dużych miejscowości jest na tyle niewiele, że po prostu nie istnieje zbyt wiele możliwości wyboru kierunku. Tak więc nasz autobus do Tromsø odjeżdżał mniej więcej godzinę po naszym przyjeździe do Narwiku. Postanowiłyśmy spędzić ten czas na łapaniu stopa.
Czy muszę dodawać, jaki był efekt?
Ok. Do Tromsø dostałyśmy się autobusem.

Pierwszy dzień w Tromsø wykorzystałyśmy na zwiedzanie miasta. To trochę dużo powiedziane, bo ścisłe centrum nie jest zbyt duże. Tutaj muszę wyrazić swoją opinię - samodzielne eksplorowanie miast północnej Norwegii zimą to jednak kiepski pomysł. Ja na pewno tego nie polecam, zwłaszcza, że od jakiegoś już czasu miasta mnie męczą. Tamtejsze nie są nawet duże, panuje tam bardzo specyficzna atmosfera. To, że jest ciemno, zimno, wieje, pada i nie dzieje się zbyt wiele, to truizmy, ale wszystko to razem sprawia, że "zwiedzanie Tromsø zimą" przypomina zwiedzanie Ustki zimą. W nocy. Nigdy nie byłam w Ustce zimą w nocy, ale przypuszczam, że to nic ciekawego.

Mimo wszystko jednak miasto ma swój urok.

Tromsø - miasto miłości. Chyba.
 Może to właśnie dlatego spędziłyśmy dwa dni na robieniu dokładnie niczego. Centrum Tromsø znajduje się na wyspie Tromsøya, natomiast posiada też część lądową, a także rozciąga się na wyspę Kvalsøya. Na części kontynentalnej, nieopodal Katedry Arktycznej i głównej drogi, niemal pionową ścianą wyrasta góra Storsteinen, na którą można wjechać kolejką linową. Nie jest ona wysoka, sięga 420 m nad poziomem morza, jednak wygląda efektownie.

Do tego, jak można się domyśleć, wydaje się być najlepszym miejscem do wypatrywania zorzy.
Tak - to na tę właśnie górę planowałyśmy wejść przez cały nasz pobyt w Tromsø...

Pomniki porozmieszczane po całym mieście symulują większe zaludnienie
Do wszystkich ciekawostek o mieście docieram w zasadzie dopiero teraz. Dodatkowo korzystanie z uroków miasta utrudniało nam to, że zatrzymałyśmy się u różnych hostów, którzy mieszkali po zupełnie różnych stronach Tromsø, a do tego podczas nocy polarnej zegar biologiczny ulega takiemu zaburzeniu, że cały czas ma się wrażenie pory na spanie.

W nocy wybrałam się z Aengusem, u którego się zatrzymałam, na dumpster diving - dla nieobeznanych, po prostu buszowaliśmy po supermarketowym śmietniku w poszukiwaniu zdatnych do spożycia, acz niekoniecznie do sprzedaży, produktów.
Efekty? Zgodne ze wszystkim, co kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć na temat freeganizmu w Skandynawii! Wróciliśmy do domu z mnóstwem mango, pomidorów, ciastek, mozarelli, jogurtów, chleba... Aż trudno momentami było wtaszczyć to wszystko po ośnieżonych, stromych drogach "na skróty".

Drugiego dnia natomiast przypadał Sylwester. Początkowo planowałyśmy spędzić go na imprezie z którymś z hostów, kiedy jednak udało nam się zjeść wspólnie śniadanie o 13 i wyjść z domu o 15, postanowiłyśmy zmienić trochę plany i przejść w 2017 rok na górze, popijając wino i, być może, podziwiając zorzę.

Arktyczna Katedra, wizytówka Tromsø
 Cóż, i ten plan się nie udał. Koniec końców o północy wylądowałyśmy w porcie, co mnie, jako fankę portów, bardzo ucieszyło. Przedtem jednak...

PIERWSZE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

Magda, po wyjściu z domu Aengusa, zadzwoniła do mnie. Upewniła się, gdzie jest przystanek, po czym krzyknęła:
 - A w ogóle, stara, wychodź z domu, bo zorzę widać!
Wooooow!! Aż pisnęłam, szybko wciągnęłam buty bez sznurowania i czym prędzej wybiegłam z domu, patrząc w niebo i pędząc na drogę, do Magdy.
Na niebie było widać cienką, jasną smugę.
 - To chyba jest zorza, nie? Czy chmura?
Na chmurę to nie wyglądało. Czyli zorza?
Czyli zaraz, zaraz... Nie ma tańczących, zielonych świateł, rozlewających się po całym niebie? To naprawdę wszystko?..

 Jak widać, pierwsze dni nie zwiastują nic ciekawego. Na szczęście, później było już lepiej, o czym napiszę kolejnym razem - do zobaczenia!

niedziela, 11 grudnia 2016

Droga do Serbii - cz. 2

Siedząc gdzieś na skrawku trawnika przy wyjeździe ze stacji benzynowej nieporadnie próbowałyśmy się osłonić od słońca i dyskutowałyśmy na temat tego, jak będzie dalej wyglądało nasze życie, które prawdopodobnie już do końca spędzimy w tym samym miejscu, gdy niespodziewanie usłyszałyśmy piękną polską mowę:

 - To jak, dziewczyny, dokąd jedziecie?

Tak, to kolejny przypadek bohaterskiego uratowania autostopowiczek przez kierowcę ciężarówki. Okazało się, że Przemek, bo tak mu na imię, jechał akurat do Rumunii, więc jak najbardziej po drodze było mu podrzucić nas do Szeged, które leży przy granicy węgiersko-rumuńsko-serbskiej. Przebyta razem trasa minęła w okamgnieniu - to między innymi dla takich kierowców jeździ się stopem. Wszystkie stereotypy na temat kierowców zostały przełamane, rozmawialiśmy na wszystkie tematy zupełnie jakbyśmy znali się od dawna, wydawało się także, że w większości spraw nasza trójka ma bardzo zbieżne poglądy. Ciekawe, merytoryczne, elokwentne rozmowy, aż chciało się zmienić kurs i pojechać do Rumunii.

W Szeged natomiast szybko okazało się, że lokalizacja tak bliska granic sprzyja dużej gęstości autostopowiczów na stacji benzynowej.
Kiedy przyjechałyśmy, poznałyśmy parę autostopowiczów z Niemiec, którym szybko udało się znaleźć podwózkę. Okazało się jednak, że nasza dalsza podróż nie miała się rozpocząć tak szybko! Po pewnym czasie bezowocnego pytania kierowców i zapuszczania korzeni postanowiłam, że pójdę jeszcze umyć włosy, bo w końcu to może być moja ostatnia okazja w ciągu najbliższych... długo. Kiedy wróciłam z łazienki, Kasia przedstawiła mi Martina i Babbis:
 - Oni też jadą na Rainbow!

Oooo, czyli rodzina!

W szczytowym momencie na stacji były 4 pary autostopowiczów, w tym para zmęczonych Polaków, skrywających się gdzieś za rogiem oraz Holendrzy jadący do Bułgarii. Przez większość czasu przyjeżdżały i odjeżdżały samochody wypełnione po brzegi bagażami i rodzinami z krajów Bliskiego Wschodu, a my siedzieliśmy, otoczeni plecakami i torbami, wybiórczo podbiegając co jakiś czas do kierowców, którzy wydawali się mieć choć trochę miejsca wolnego.


Czas oczekiwania na stacji w Szeged upływał bardzo przyjemnie!
W końcu jednak podjechali ONI. Biały van z przyczepą kempingową, prowadzony przez parę Brytyjczyków o artystyczno-hipisowskiej aparycji. Rozdzieloną czaszką w hełmie wikinga. Czym prędzej podbiegłam zapytać kobiety, czy możemy się zabrać, odpowiedź jednak była niejasna - tak, w sumie mogłybyście, ale musiałybyście jechać w przyczepie, a tam jadą psy, to duże psy, w sumie to nie fair, żebyście jechały z psami... ale gdyby się zdarzyło tak, że utkniecie...
Ok, czyli w końcu co?

Wkrótce mieliśmy okazję poznać także rzeczone psy, które, wypuszczone na spacer, same do nas podbiegły. Wtedy zdecydowałam podejść jeszcze raz, może tym razem spytać mężczyzny? Odpowiedź była jaśniejsza - jasne, możemy was zabrać do Novego Sadu! Na moje pytanie, czy przekraczanie granicy w przyczepie jest legalne, odparł: "najwyżej wysiądziecie, a za granicą zabierzemy was znowu".
Wróciłam uradowana do naszej ekipy, ale Martin szybko zasiał we mnie na nowo ziarno wątpliwości, mówiąc, że nie da się przekroczyć granicy w przyczepie. Ale jak to się nie da? Jak to właściwie jest na serbskiej granicy? Czy serbska straż graniczna jest bardzo groźna? Serbska policja? Co się może stać w najgorszym przypadku?
Kiedy zbierałyśmy nasze bagaże i pakowałyśmy się do środka, Martin i Babbis zapytali, czy mogą też się zabrać.

 - Jeśli tylko się zmieścicie...

Oczywiście zmieściliśmy się. Resztę drogi przebyliśmy na ogromnym łóżku, ściśnięci w czwórkę z wielkim, niewidomym psem o imieniu Wilbur. George, drugi pies, wybrał leżenie na podłodze, na niewielkiej przestrzeni pomiędzy naszymi plecakami, torbami i namiotami.
Temperatura wewnątrz wynosiła pewnie grubo ponad 40 stopni, tonęliśmy w psiej ślinie, będąc deptanymi co i rusz, ale ekscytacja i tak sięgała zenitu.
Hitami były źle posklejane zdjęcia panoramiczne.


Pewnie zastanawiasz się teraz, jak to było z tą granicą? Cóż. Na wyjeździe z Węgier celnik spojrzał tylko do środka i powiedział:

 - Cztery osoby? To cztery paszporty poproszę.

Na serbskiej z kolei jedyna różnica polegała na zapytaniu nas o to, czy mamy coś do oclenia. Ot, i cały ambaras. W ciągu dalszej drogi zdarzyło się nam jeszcze, że zatrzymaliśmy się gdzieś, a niedługo później znowu. Za drugim razem podszedł do nas Paul:

 - Nic się nie stało, policja nas zatrzymała, bo nie mieliśmy zapiętych pasów.

Zaraz... a my? My też nie mieliśmy zapiętych pasów, jakie w ogóle pasy...
Po drodze dowiedzieliśmy się jeszcze, że Jayne i Paul przeprowadzają się właśnie z Wielkiej Brytanii do Bułgarii, gdzie będą budować vany. I zapraszają, jeśli będziemy w okolicy. Cudownie!

Przed Novym Sadem zostaliśmy wysadzeni na stacji benzynowej, która niczym nie przypominała Szeged. Pusto, głucho, w budynku tylko pracownicy... Ja i Kasia miałyśmy łapać jako pierwsze.
 - O, ale w Serbii można łapać na autostradzie! - przekazała nam podekscytowana Babbis.
 - Jak to, to jest legalne?
 - Nie, ale nikt nie zwraca na to uwagi!

Hm... Pierwsza łapać poszła Kasia, ja miałam czatować na stacji i zbierać siły do wyjścia na palące słońce.


Wkrótce jednak się zmieniłyśmy i po jakimś czasie zatrzymał się pierwszy samochód.

 - Czy jedzie pan do Novego Sadu?
 - Tak.
 - A zabierze pan dwie osoby?
 - Tak.
Tutaj poszłam na żywioł, widząc, że auto jest całkiem puste...
 - A cztery??

Kierowcy chyba głupio było odmówić, niemniej jednak dowiózł naszą całą czwórkę na przedmieścia, skąd doszliśmy do centrum już pieszo.


wtorek, 22 listopada 2016

Droga do Serbii - cz. 1

Któregoś dnia, zapewne pięknego, za pośrednictwem Facebooka dowiedziałam się, że w lipcu odbywa się serbskie Rainbow. Sucha informacja. Nigdy nie byłam w Serbii. Nigdy nie uczestniczyłam w Rainbow, choć w sumie chciałam. (O tym, czym jest Rainbow, jeszcze napiszę). Kiedy jednak do tego doszła wiadomość, że wybiera się tam ktoś, kogo lubię tak bardzo, jak rzadko widzę, decyzja mogła zapaść tylko jedna.

Jadę do Serbii!

Początkowo, jak zwykle, rzesze ludzi deklarowały chęć przyłączenia się do mojej wyprawy. Końcowo, jak zwykle, zostałam sama. Niezrażona, postanowiłam sprawdzić na mapie, jak to właściwie wygląda. Zaraz, to tak blisko? Zarówno atlas jak i Google Maps były zgodne - z Krakowa do Nowego Sadu jest 800 km. Ha! Toż to tyle, co do Gdańska! Słowacja, kawałek Węgier i już jestem na miejscu. Czego tu się bać? Jadę sama, jeden dzień i już będę siedzieć przy ognisku z hipisami z całego świata!
Kiedy poinformowałam mamę o moich planach, zareagowała ze spokojem - w końcu zna mnie już zbyt dobrze. Niestety, siostra zareagowała zgoła inaczej.

"Chyba zwariowałaś, że chcesz sama stopem do Serbii jechać!"

Cóż, powiedzmy sobie szczerze - za pierwszym razem te słowa nie zrobiły na mnie wrażenia. Kiedy jednak słyszałam je przez kilka dni w kółko i w kółko, okraszane barwnymi opisami, jakie to dzikusy nie żyją w Serbii, jak to tam nie jest niebezpiecznie i jak bardzo martwa wkrótce nie będę, zaczęłam się zastanawiać. Może dla świętego spokoju warto wrzucić ogłoszenie na parownik? Z kimś droga zawsze jest przyjemniejsza...
Tak więc na 3 dni przed planowanym wyjazdem skleciłam naprędce kilka zdań, które zamieściłam na stronie w nadziei na znalezienie idealnego współpodróżnika. Albo nawet współpodróżniczki. Ku mojemu zdziwieniu, rzeczywiście otrzymałam kilka odpowiedzi - w większości zupełnie przypadkowych. Ale wśród nich była ta jedna, jedyna wiadomość, która wydawała się być idealna.
Krótka rozmowa i spotkanie potwierdziły, że ja i Kasia mamy podobne oczekiwania i pojęcie zabawy. Spotkałyśmy się na piwo, w trakcie postanowiłyśmy pójść na uliczne występy teatrów lalkowych, a skończyłyśmy bawiąc się do późna na folkowych koncertach zespołów z całego świata. Idealnie!

Wróciwszy do domu siostry w wyśmienitym nastroju, zostałam obdarowana reklamówką podarunków ze sklepu Militaria.pl - ok, no to teraz mam nadzieję, że wszystkie sumienia zostały uspokojone. Może i jadę do Serbii stopem, ale nie sama, a do tego uzbrojona w gaz pieprzowy, setki rodzajów zapałek i inne samoobronno-survivalowe gadżety, których pewnie nigdy nie użyję i jakoś nawet mi z tego powodu nie przykro.

Kiedy w poniedziałek spotkałyśmy się na przystanku na obrzeżach Krakowa, Kasia powiedziała mi jedno:
 "Nie wiem, jak ty, ale ja zamierzam tam dotrzeć jeszcze dzisiaj".

No ba! Przecież to tak blisko! Radość nie opuszczała nas, gdy zatrzymał się pierwszy samochód. Wprawdzie kierowcą nie był może Leo DiCaprio, ale udało nam się natrafić na innych autostopowiczów - Kasię i Dominika z Podróży na Wynos, wybierających się akurat w Tatry. Po tym odcinku, obfitującym w udzielanie sobie wskazówek i dzielenie się anegdotami autostopowymi, napotkałyśmy na swój pierwszy trudny moment.
To było zaraz za rozwidleniem, przy przystanku, a wydawało się, jakby środek pola. Pusta droga, my, robotnicy pracujący nieopodal... Słońce prażyło niemiłosiernie, godziny mijały, robotnicy zagadywali, a morale spadało niczym liść uniesiony podmuchem wywołanym przez mijające nas obojętnie, z rzadka przejeżdżające samochody. Aż wtem zatrzymała się ONA - polska ciężarówka, jadąca aż do Węgier.

Zdjęcia z samochodów nie są moją mocną stroną.

Gdy już zdążyłyśmy wpakować się do szoferki i zbić piąteczkę, kierowca poinformował nas, że przy granicy ze Słowacją (czyli lada moment) jedna z nas musi się przesiąść do kolegi, bo Słowacy "lubią wlepiać wysokie mandaty". No przecież, jasna sprawa. Dziwiło nas trochę, że ów kolega co chwilę otrzymywał dyrektywy w stylu: "Uważaj, po prawej stronie leży puszka", ale przez CB radio wydawał się być zabawny i sympatyczny, więc postanowiłam się z nim zapoznać w trakcie jazdy. Tak zupełnie nieświadoma tego, co miało mnie czekać... Nie wiem, jakiego kalibru złych uczynków zdążyłam sobie nazbierać w życiu, ale sądzę, że przemierzając calutką Słowację po skosie z naddatkiem w towarzystwie milczącego, wpatrzonego w ekran smartfona kierowcy oraz radosnych dźwięków zapętlonego disco polo, odpokutowałam na zapas. Próby zagadywania kończyły się co najwyżej przerażonym spojrzeniem w moją stronę, więc z uwagi na nasze własne bezpieczeństwo, po prostu odpuściłam i cierpiałam w ciszy, poddając się kontemplacji polskiej pieśni miłosnej. "Chcę być żoną, twoją żoną..."

W okolicy Gyoru stało się jasne, że przy serbskim ognisku zasiądziemy w najlepszym przypadku kolejnego dnia. Zaczęłyśmy więc rozważać dalsze opcje - dojechać do Szeged byłoby fantastycznie, ale i mało prawdopodobnie. Budapeszt? Zdania miałyśmy podzielone. Kasia, kierowana złymi wspomnieniami, chciała dojechać za miasto albo przeczekać do rana. Dlatego też kiedy po spytaniu pewnego kierowcy wróciła do mnie z informacją: "Nie, on tylko do Budapesztu", nie kryłam rozczarowania. Kurczę, coś było w tym gościu, przecież wysiądziemy przed miastem?.. Nie?.. No ale jak teraz, podejść jeszcze raz i powiedzieć, że nagle zmieniłyśmy zdanie? Bez sensu. Zresztą, już wsiada do samochodu i... zaraz, podjeżdża do nas z pytaniem, czy na pewno nie chcemy? No to jedziemy! Po drodze okazało się, że to podróż z obopólnymi korzyściami, gdyż Tomas akurat wracał z pracy po przygnębiającym dniu, który byłyśmy w stanie rozjaśnić na wieczór. Co więcej, znów miałyśmy sposobność posłuchać autostopowych opowieści, gdyż znał założyciela Hitchwiki. Co za dzień! Do tego muzyka na tej trasie była jak marzenie.

Rano, zbierając namiot z węgierskich chaszczy, radośnie szykowałyśmy się do dalszej drogi. (Która w planach miała wyglądać zupełnie inaczej, czyli tak, jak ten wpis. Jedno i drugie miało być krótkie i do sedna!) Co zdarzyło się później? Później już było krócej, ciekawiej i mam więcej zdjęć, więc zapraszam do czytania kolejnych notek!

Jeszcze tylko umyję zęby, spakujemy namiot i w drogę, ok?

Promienny uśmiech, to będzie wspaniały dzień!

Tu był nasz dom przez jedną noc. Jedyne miejsce w krzakach niebędące sraczem.