piątek, 24 lutego 2017

Zero waste

Przeplatając notki podróżnicze z notkami minimalistyczno-ekologiczno-samaniewiemjakimi, zauważyłam, że rzeczywiście jestem coraz bardziej zanurzona w nurt zero waste. Efekt gotowanej żaby - na początku tak tego nie nazywałam. Wygląda więc na to, że to pora najwyższa, aby tak właściwie opisać, czym jest ów ruch i jak wciągnął mnie w swój wir, prawda?

W przyrodzie nic nie ginie. Niestety, zapominamy o tym na co dzień. (źródło: https://www.macalester.edu/sustainability/images/Zero%20Waste%20Image.jpeg )
CO TO JEST ZERO WASTE?

Wystarczy podstawowa znajomość języka angielskiego, żeby domyśleć się, o co chodzi - zero waste, czyli zero odpadów, czyli staramy się nie produkować śmieci. Tak? Proste?
No nie do końca.
Odpady to nie tylko śmieci wrzucane do kontenera z napisem "zmieszane". Odpady to cały pozostawiony po sobie ślad węglowy, zużycie surowców, konsumpcja.
O czym więc należy myśleć, rozważając aspekt zero waste? Weźmy na warsztat mycie naczyń.
W takim przypadku odpadem jest nie tylko plastikowa butelka po detergencie, ale też zanieczyszczona woda, a nawet odpady powstałe w wyniku produkcji i transportu środka czyszczącego. W ten sposób zimna woda jest bardziej ZW niż ciepła, lokalny płyn do mycia naczyń bardziej ZW niż ten sprowadzany z drugiego końca świata, a robiony własnoręcznie - bardziej niż kupny.
Brzmi skomplikowanie? Nie oszukujmy się - koncept jest trudny i nie jest to coś, co wprowadza się w życie z dnia na dzień. Raczej małymi kroczkami dąży się do celu.
To jednak tylko przykład, ogólny zamysł ruchu zero waste polega na tym, aby unikać wytwarzania niepotrzebnych i szkodliwych produktów, a tym już istniejącym dawać nowe życie.

PO CO?

Mimo że od najmłodszych lat uczymy się o tym, że w przyrodzie nic nie ginie, a za swoje czyny musimy ponosić konsekwencje, na co dzień jednak zupełnie o tym nie myślimy. Dbamy o czystość naszego otoczenia, co w dużym stopniu polega na usuwaniu z niego śmieci - no właśnie! Przecież coś, co wrzuci się do osiedlowego śmietnika, nie przestaje istnieć! Zostaje tylko przeniesione na inne, większe śmietnisko, gdzie będzie leżeć. I leżeć. I leżeć.
Ty już umrzesz, Twoje wnuki umrą, a plastikowa butelka po wypitej wczoraj wodzie, folia po batonikach i tubka po paście do zębów zużytej lata temu dalej będą tam leżeć.
Stopniowo śmietniska zajmują coraz większą powierzchnię Ziemi, która też przecież jest naszym domem, na dużo większą skalę.
Co gorsza, nieprzetwarzalne siatki foliowe czy inne plastikowe opakowania stwarzają poważne zagrożenie dla zwierząt, które często mylą je z pożywieniem lub zaplątują się w nie. W Polsce, w Europie często o tym się nie myśli, bo problem nie jest dość wyraźnie widoczny.

A tak to wygląda w niektórych miejscach. (źródło: http://cdn3.collective-evolution.com/assets/uploads/2014/07/ocean-polllution.jpeg )
Oczywiście wystarczy zrobić sobie spacer do pobliskiego lasu po wiosennych roztopach. Widok jest uderzający. Ale później idzie się do czystego domu i przestaje o tym myśleć.

Próbowałam doszukać się, jaki procent Ziemi jest pokryty śmietniskami - znalazłam informacje, że 28% Ziemi, a 88% oceanów. O ile pierwsza odpowiedź nie jest poparta żadnymi źródłami, o tyle druga wydaje mi się dość rzetelna - można o tym poczytać TU.

CO W TAKIM RAZIE ROBIĆ? DWIE ZŁOTE ZASADY RUCHU ZERO WASTE

O ile, jak już wcześniej wspomniałam, wprowadzenie w życie całkowitej bezodpadowości z dnia na dzień jest praktycznie niemożliwe, o tyle bardzo łatwo zorientować się w tym kierunku przy korzystaniu z dwóch zasad.
  • ZASADA 5R: REFUSE, REDUCE, REUSE, RECYCLE, ROT (ang. odmów, ogranicz, użyj ponownie, przetwórz, kompostuj) - wymowne, prawda? Przy okazji rozprawia się z mitem, jakoby głównym celem ruchu było poddawanie recyklingowi wszystkiego, co się da. Nie. Sednem jest odmowa używania wszystkiego, czego się da. Codziennie używamy mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, których w ogóle sobie nie uświadamiamy, a które, jakby się zastanowić, zostały wyprodukowane tylko po to, aby zostać wyrzucone. I nie rozłożyć się przed najbliższe kilkaset lat.
  • CRADLE-TO-CRADLE, CZYLI OD KOŁYSKI DO KOŁYSKI. Szczerze mówiąc, z tą nazwą zetknęłam się po raz pierwszy dopiero dzisiaj, ale tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam o niej wspomnieć. Nawet mimo że tak naprawdę jest tylko rozwinięciem poprzedniej zasady. O co bowiem chodzi? Większość produktów jest dzisiaj używana w cyklu cradle-to-grave, czyli od kołyski do grobu. Jak już napisałam - kupujesz, używasz (albo i nie), wyrzucasz. Co można zrobić inaczej? Użyć ponownie. I ponownie. I ponownie. Nawet nie chodzi o to, żeby nosić jedną koszulkę, aż przetrze się tak, że zostaną z niej pojedyncze nitki. Kiedy się zniszczy, można z niej zrobić na przykład małe woreczki do przechowywania drobiazgów, chusteczki do nosa, przemielić na wypełnienia do poduszek - ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Sama, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym, że istnieją ludzie, którzy próbują w ogóle nie wytwarzać odpadów, pomyślałam, że to bardzo drastyczne, skrajne i niemożliwe. Z perspektywy czasu i znajomości powiem jedno - każde z nas miało takie wrażenie przy pierwszym kontakcie. W dłuższej perspektywie okazuje się jednak, że to nie tylko możliwe, ale i całkiem przyjemne. Owszem, wymaga trochę zachodu, ale jak miło jest pomyśleć sobie, że ja ze śmieciami nie mam nic wspólnego! W końcu śmieci nikt nie lubi.

wtorek, 14 lutego 2017

Norweska zima - cz. 2

Im dłużej nic nie piszę, tym trudniej mi do tego wrócić. Jasne, bardzo chciałam opisać resztę podróży po Norwegii, ale z czasem, z tą całą masą opowiadań, które snułam przyjaciółkom i rodzinie... Co zrobić - spróbuję to odtworzyć teraz, pora wyjść ze stagnacji!

Tak więc skończyłam na marnym sylwestrze, spędzonym w porcie, prawda? Sylwestrze będącym istnym rollercoasterem uczuć dla mnie - wychodząc z nudnej imprezy, klęłam na czym świat stoi, że to najgorszy koniec roku w moim życiu, natomiast wracając z portu, pijana tanim winem, tanecznym krokiem i z tradycyjnymi pieśniami na ustach, czułam się... szczęśliwa.

Nowy Rok odsypiałyśmy do dość późna, co nie jest trudne, gdy prawie cała doba i tak wygląda jak (w najlepszym przypadku) wieczór. Następnie powstał dylemat - co zrobić z tym dniem? Ostatni dzień w Tromsø, trzeba w końcu wejść na tę cholerną Górę-Windę (zaadaptowane przez nas dosłowne tłumaczenie Fjellheisen) i zobaczyć zorzę, żeby nie mieć poczucia totalnej porażki. A co do tej pory?
Próbując złożyć śniadanie z resztek, które zachowały się w mieszkaniu hosta Magdy, u którego nocowałyśmy razem tej nocy, natknęłyśmy się na poważny problem - coś w naszych kanapkach ostro dawało pleśnią. Nie byłyśmy w stanie jednak zidentyfikować, czy chodziło o chleb, pomidory czy mozarellę - cóż, to jest ten właśnie problem z dumpster divingiem... Postanowiłyśmy więc pojechać do mojego hosta, zrobić inne śniadanie, zabrać moje rzeczy i już się z nim pożegnać.

Styrana życiem Magda w otoczeniu śmieciowych chlebków, mango i zdrowego smoothie
W międzyczasie skontaktowałam się z chłopakiem, który wcześniej dał mi znać, że wprawdzie nie może akurat przyjmować gości, ale chętnie się spotka - umówiliśmy się więc na popołudnie. Zabawny był dla mnie fakt, że wystarczyło powiedzieć: "Spotkajmy się pod kościołem", żeby jednoznacznie określić miejsce. Możecie sobie wyobrazić coś takiego w Polsce? W samym Wrocławiu jest kilka różnych kościołów przy samym Rynku!
Kiedy już się spotkaliśmy, czekało nas poszukiwanie jakiegokolwiek lokalu, który byłby czynny mimo święta. Oczywiście udało się - i choć raczej nie było to miejsce, które ktokolwiek z nas wybrałby z własnej woli, miało w sobie "to coś". "Tym czymś" z pewnością były... wszechobecne wielke ekrany LCD wyświetlające mecz piłki nożnej. Siedząc we troje wokół stołu, każde z nas miało przed sobą inny ekran, a znajdując się naprzeciw okna mogłam podziwiać odbicie całego rzędu zielonych prostokątów.
Co było jeszcze bardziej szalone? Męska toaleta.
Dlaczego?
Cóż. Na wprost drzwi znajdował się sedes, a po bokach z jednej strony pisuar, a z drugiej - umywalka z lustrem. Normalne. Po co o tym piszę? Ponieważ wszystko było tak zmyślnie zaplanowane, że nad pisuarem również znajdował się ekran, na którym transmitowano mecz! To znaczy, że można było go obserwować z dokładnie każdego punktu!
Szczerze mówiąc, trochę przerażające... Niestety, damska toaleta nie posiadała ekranu. Dyskryminacja pełną parą!
W tej też restauracji wypiłam, póki co, najdroższe piwo w moim życiu. Półlotrowy kufel Guinessa za 52 złote. Och... to z pewnością jeszcze zapamiętam na dość długo.

DRUGIE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

Wraz z wieczorną porą przyszła chwila, aby w końcu wybrać się na górę. Aron postanowił przejść się z nami, dzięki czemu zyskałyśmy przewodnika. Wszelkie przesłanki wskazywały na to, że szanse na zaobserwowanie zorzy są dość duże!

Gdy tylko zaczęliśmy iść w górę, okazało się, że moja kondycja bardziej przypomina kondycję sześćdziesięcioletniej astmatyczki niż większości osób w moim wieku, a do tego ubrałam się o wiele za ciepło. Tak, z taką kondycją powinnam wchodzić tam chyba w bikini, nawet mimo ujemnych temperatur... Co nie oznacza, że nie czerpałam z tego przyjemności - ślizganie się po głębokich zaspach śniegu na stromych zboczach sprawiało, że czułam się jak foczka polarna. (Zaliczyłam grubo ponad 20 upadków i wcale nie przestawało mnie to bawić!)

Zdjęcie, które zachwyciło japońskich turystów. (Nie, na żywo nie wyglądało to wcale aż tak dobrze).

Nieostre Tromsø widziane z góry
Na szczęście przewidywania się sprawdziły i nasze zmagania zostały nagrodzone widokiem zorzy. Napstrykałam całą masę słabych zdjęć, ale wstawiam tylko dwa ulubione i mniej więcej nadające się do pokazania (co nie zmienia faktu, że spotkani na zboczu japońscy turyści na widok pierwszego z nich wydali z siebie całą salwę dzikich pisków, sprawiając, że poczułam się jak najlepsza fotografka na świecie).

Do domu wróciłyśmy grubo po północy, szykując się na wyprawę autostopem kolejnego dnia. Z jednej strony nie wierzyłyśmy, że uda nam się cokolwiek złapać, z drugiej zaś byłyśmy zdeterminowane. Postanowiłyśmy wybrać się tylko do Narwiku, dokąd odjeżdżały w ciągu dnia dwa autobusy: o 10 i o 16. Cóż, 6 godzin to chyba dostatecznie dużo, żeby coś złapać, prawda?..

O dziwo, okazało się, że dotarłyśmy do celu tak szybko i bezproblemowo, jak byśmy w ogóle nie podejrzewały! Trzy samochody, sami Norwegowie, jakieś 4 godziny... W pewnym momencie stałyśmy na środku średnio uczęszczanej drogi, przy której nie było prawie nic, a temperatura wynosiła jakieś -18. Zastanawiałam się wtedy: czy udałoby nam się zbudować igloo? Ok, norweskie autobusy zatrzymują się wszędzie, ale... nawet tutaj? Dobrze, że to jedyna droga...
Na szczęście zanim zdążyłyśmy nawet na poważnie zmarznąć, zgarnęła nas ciężarówka. Naprawdę niebywałe!

Większy problem stanowiło to, co właściwie robić w Narwiku. Większość osób, którym mówiłyśmy, dokąd zmierzamy, pytała, po co w sumie tam jedziemy.
Po co więc tam jechałyśmy?
Początkowo naszym celem były Lofoty. Wszystko było już właściwie dopięte, kiedy zaczęłyśmy sprawdzać dojazdy. Okazało się, że powrót z Lofotów mógłby nam się wcale nie udać, tym bardziej, jeśli zawiódłby nas autostop. Po dotarciu do Bodø i próbie wyjazdu stamtąd wiedziałyśmy już na pewno, że ominięcie wysp było świetnym pomysłem: po pierwsze, autostop zawiódłby na pewno, a po drugie - wcale nie chciałabym tam być w takich warunkach i przy takiej pogodzie. Jako, że wciąż miałyśmy sporo czasu i średnio pomysł, co z nim zrobić, rzutem na taśmę zdecydowałyśmy się na Narwik. Może rzeczywiście nie było to najbardziej fascynujące miasto świata, ale nadawało się świetnie na odpoczywanie, spacery, robienie ładnych zdjęć i... tak, oglądanie zorzy!

Zimowe drzemki z pamiętniczkiem? Zawsze!


Nieopodal portu w Narwiku
Ostatniego popołudnia w Narwiku rozmawiałyśmy z innym couchsurferem, Axelem, który zatrzymał się u naszej gospodyni, Doroty - planowaliśmy wspólne wyjście do portu wieczorem, gdyż znów zapowiadało się, że będzie ładnie widać zorzę. Axel postanowił, że idzie uciąć sobie drzemkę, a my zajęłyśmy się przygotowywaniem jedzenia na drogę na kolejny dzień, gdy niedługo otworzyły się drzwi wejściowe.

OSTATNIE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

 - Jak chcecie oglądać zorzę, to możecie wyjść, bo teraz jest - rzuciła Dorota, wchodząc do domu.
Czym prędzej pobiegłyśmy więc budzić Axela, ubierać się, zbierać aparaty, aby już po chwili znaleźć się na zewnątrz.
Tym razem nie musieliśmy nawet się oddalać, aby cokolwiek dostrzec - całe niebo rozświetlał zielony blask, wreszcie widać było "taniec". Sporo jednak zasłaniały nam drzewa i domy, więc tak czy inaczej poszliśmy do portu, gdzie zrobiłam jeszcze więcej zdjęć, z których dwa nawet-nawet mogę pokazać:


Tak, wiem, przydałby mi się statyw i lepszy aparat
Myślę, że to już dość długi makaron, żeby nie zanudzić nikogo na śmierć, więc napiszę jeszcze jedną notkę o tym, jak wracałyśmy do domu i jak nic nie poszło po naszej myśli.
I mam nadzieję, że zajmie mi to tym razem mniej niż miesiąc!

wtorek, 24 stycznia 2017

Być jak Frida

Do napisania tego posta zbierałam się już od dłuższego czasu. Mnóstwo razy układałam słowa w głowie, jednak wciąż jeszcze nie udało mi się usiąść i spisać wszystkiego od początku do końca. Nie przypuszczałam, że będzie to takie trudne - ale skoro już zaczęłam...
Frida Kahlo, Autoportret

Moje włosy są ciemne, a cera jasna - było tak w zasadzie od kiedy pamiętam i raczej nic się już w tej materii nie zmieni. Wiąże się z tym jedna, niefortunna cecha, dręcząca mnie od późnej podstawówki.
To nie jest tylko piękny, gruby, ciemny warkocz.
Do całej mojej urody należy dodać grube, ciemne, prawie złączone brwi, widoczne na pierwszy rzut oka włosy wszędzie, gdzie się da, a także mało subtelnego wąsika. Czy muszę tłumaczyć, jak bardzo rzutowało to na moją samoocenę w okresie dojrzewania?

Oczywiście bardzo wcześnie zaczęłam się wprawiać w poskramianiu każdego niepokornego włoska, przechodząc przez wzloty i upadki, próbując dojść do mistrzostwa depilacji i jak najlepszych efektów - czyli prawdopodobnie ciała gładkiego jak w przedszkolu. Sen z powiek spędzały mi włosy na rękach i wąsik. Gimnazjum wspominam jako okres wiecznego stresu - goląc włosy na rękach, czułam się jak dziwoląg i starałam się unikać krótkich rękawków, żeby jednak nikt nie widział, że to robię, pozostawiając je samym sobie, czułam się dokładnie tak samo i tak samo próbowałam je zakrywać, żeby z kolei nikt nie widział, jaka jestem owłosiona. Wąsik, za radą starszej siostry i koleżanek, rozjaśniałam wodą utlenioną, co sprawiło tylko, że na długi czas skóra nad moją górną wargą stała się jaśniejsza.
Koszmar nastolatki.

W końcu w okolicach liceum doszłam do tego, co i jak robić, żeby wyglądać i czuć się całkiem normalnie. Po tylu latach! I prawdopodobnie trzymałabym się tego do dzisiaj, gdyby nie moja wrodzona niechęć do bolesnych depilacji, skóry podrażnionej od maszynek i szorstkiej szczeciny, odrastającej w mgnieniu oka.
I gdybym pewnego dnia nie trafiła na post Cassii Chloe:

Traf chciał, że akurat od kilku miesięcy zarzuciłam codzienny rytuał nakładania makijażu oraz spędzałam lato w Hiszpanii, gdzie noszenie makijażu było szczególnie niepraktyczne ze względu na ekstremalnie wysokie temperatury. A także - gdzie nikt mnie nie znał, więc mogłam swobodnie eksperymentować.
Postanowiłam więc sprawdzić, jak zachowają się moje brwi po latach regulowania.
Przez kilka pierwszych tygodni bardzo cieszyłam się z ograniczonego dostępu do luster, bo wszystko odrastało bardzo nieregularnie i wyglądało bardzo przypadkowo. Bardzo źle.

Nie poddałam się jednak i jeszcze przed powrotem do Polski stwierdziłam, że... podoba mi się ten nowy wizerunek! Mam wrażenie, że te niewyregulowane brwi nadają mi bardziej "dzikiego" charakteru. Bardziej ze mną rezonują niż takie idealnie ułożone.

Przy wielu rozmowach słyszałam później od koleżanki:
"A może kiedyś ośmielisz się i zostawisz też w spokoju wąsa? Będziesz jak Frida!"
Zbywałam to śmiechem. Nie, nie, nie, co jak co, ale tego nigdy nie zrobię.
Na pewno.

To znaczy tak mi się wydawało, aż do tych wakacji.

Już wcześniej obserwowałam z wypiekami na twarzy całą tę dyskusję na temat depilacji, braku depilacji, tego, czy golenie nóg jest przejawem zniewolenia kobiet przez zgniły patriarchat i kapitalizm, czy jednak robią to z własnej woli, jak to jest - śledziłam towarzyszące temu emocje, niedowierzając, że ludzi tak bardzo ekscytuje czyjeś owłosienie.
Nigdy jednak nie miałam wyrobionej opinii na ten temat (mówię o dorosłym życiu, nie o gimnazjalnym obrzydzeniu wywołanym przedawkowaniem kolorowych gazetek dla dziewcząt i młodych kobiet). To znaczy, no okej, każdy ma prawo decydować, co chce robić ze swoim ciałem, prawda? Ale czego ja tak naprawdę chciałam?

Wiele się zmieniło ostatniego lata, kiedy spędziłam mnóstwo czasu na łonie przyrody z ludźmi z całego świata, którzy żyją bliżej natury niż przeciętny współczesny obywatel zachodniej Europy. Wtedy moja szala przechylała się na drugą stronę i głupio było mi wyciągnąć przy nich maszynkę i golić nogi nad rzeką. No bo i czemu miałoby to służyć?
Kiedy w październiku wróciłam na łono cywilizacji i zwykłych obowiązków, rzuciłam sama sobie rękawicę. Zostawiam wszystkie włosy w spokoju i patrzę, co z tego wyniknie.

Minęło prawie 5 miesięcy.

Jak było na początku? Bardzo źle. Czułam się wiecznie nieprzystosowana, brzydka, jakaś taka mniej wartościowa. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież przez zdecydowaną większość czasu i tak nie widać, żebym czymkolwiek się różniła od innych kobiet. Kompleksy w dużej mierze są po prostu własną projekcją.
W pewnym przełomowym momencie ogoliłam nogi - już od bardzo dawna nie było to aż takim wydarzeniem!
I co wtedy się stało? Zupełnie nic. To znaczy, poczułam się nieswojo w pierwszych chwilach, ale poza tym nie nastąpił żaden przełom, nie spojrzała na mnie z lustra Miss Universe. Straciłam kilka minut pod prysznicem i wyrzuciłam do kosza kolejną w moim życiu maszynkę, którą pewnie dość trudno będzie przetworzyć. Bilans zysków i strat wskazuje raczej na przewagę strat.

Jak jest teraz? Zupełnie normalnie. No, prawie. Dalej unikam "obnoszenia się", wolę nie odsłaniać nagich pach czy nóg, jeśli nie muszę. Dalej czasem patrząc w lustro zastanawiam się, jak oceniają mnie ludzie. Nie wiem, co z tym zrobię latem - pewnie to, co będzie dla mnie wygodniejsze, zwyczajnie.
O dziwo, po tylu latach okazało się, że zaakceptowanie siebie jest możliwe. Że wystarczy nie słuchać innych, kierowanych własnymi kompleksami. Że trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odkryć, co samemu ma się ochotę czy potrzebę robić, także z własnym ciałem.

I takich odkryć każdemu życzę!

czwartek, 19 stycznia 2017

Norweska zima - cz. 1

Przed samym wyjazdem bardzo się stresowałam, nie wiedząc w sumie, dlaczego. Może to przez czekającą mnie siatkę połączeń? Wystarczyło przecież, żeby jeden pociąg spóźnił się o kilka godzin, co przecież dla zimowych polskich pociągów nie jest niczym nadzwyczajnym, żeby wszystko się posypało. Na szczęście nic takiego się nie stało i rankiem 28 grudnia ja i Magda wysiadłyśmy z pociągu na stacji w Mørkved.

Miało być -20 i śnieg, było 0 i śnieg z deszczem

Pogoda, która nas przywitała, nie była zbyt zachęcająca. Początkowo cieszyła mnie duża ilość śniegu dookoła, szybko jednak okazało się, że wcale nie jest tak pięknie, jak się wydawało. Czy było zimno? Otóż... nie do końca! Z nieba padało coś, co powinno było być śniegiem, jednak po kilku godzinach stało się zdecydowanie deszczem. Zalegający na ulicach śnieg zaczął topnieć, jednak chodniki wciąż pokrywała gruba, zdradziecka warstwa lodu.

Po tym, jak dotarłyśmy do naszego hosta, zdecydowałyśmy się spróbować złapać stopa do Saltstraumen, żeby zobaczyć najsilniejszy prąd pływowy świata. To jakieś 23 kilometry, bliziutko! Jeśli jednak myślicie, że w Norwegii łatwo da się złapać stopa zimą...
W krótkim czasie zatrzymał się dla nas pewien Somalijczyk. Z rozmowy widać było, że angielski nie jest jego najmocniejszą stroną, wydawało się jednak, że rozumiemy się i wie, dokąd chcemy jechać. W pewnym momencie jednak Magda nieśmiało zwróciła moją uwagę, wskazując na GPS:
 - Zuza, powinnyśmy były skręcić 6 kilometrów temu...
Och. No trudno. Wysiadłyśmy więc i próbowałyśmy łapać coś z powrotem. Wyglądało to mniej więcej tak:
 

 Po jakiejś godzinie wędrówki połączonej z łapaniem stopa, udało nam się zatrzymać samochód. Nie, nie jechał do Saltstraumen. Trudno - postanowiłyśmy więc zobaczyć Bodø. Słyszałam od ludzi, którzy odwiedzali je wiosną opowieści, że tam nic nie ma. Myślałam, że przecież nie może być tak źle!
Cóż. Zimą? Jest jeszcze gorzej.

Widok ze stacji w Mørkved
W miarę wcześnie wróciłyśmy więc do domu naszego hosta i przegadałyśmy z nim pół nocy, po raz pierwszy nacinając się też na szacowanie czasu. Zima w strefie podbiegunowej nie sprzyja odróżnianiu godziny 19 od 21!

Plan na kolejny dzień obejmował przedostanie się autostopem do Tromsø. Przyznaję - zakładając, że to się uda, nie wzięłam zupełnie pod uwagę panujących warunków. Raczej nie pogodowych, bardziej... społecznych? Norwegowie nie biorą autostopowiczów zbyt chętnie. Oczywiście miałyśmy też zapisane, kiedy odjeżdżają autobusy, postanowiłyśmy więc tak wcześnie, jak się da, zacząć łapać z przystanku, z którego o 7:30 odjeżdżał nasz autobus do Narwiku. Okazało się, że "tak wcześnie, jak się da" to w naszym przypadku 7:00, więc łapanie stopa wyglądało bardziej jak czekanie na autobus z wyciągniętą przed siebie planszą: "NARVIK".

W Norwegii wszystkie połączenia autobusowe i pociągowe są ze sobą skorelowane, więc nie ma obaw, że po dotarciu do krańcowej stacji przyjdzie nam czekać pół dnia, aby dostać się dalej. Oczywiście ma to sens, ponieważ większa część kraju jest długa i wąska, a dużych miejscowości jest na tyle niewiele, że po prostu nie istnieje zbyt wiele możliwości wyboru kierunku. Tak więc nasz autobus do Tromsø odjeżdżał mniej więcej godzinę po naszym przyjeździe do Narwiku. Postanowiłyśmy spędzić ten czas na łapaniu stopa.
Czy muszę dodawać, jaki był efekt?
Ok. Do Tromsø dostałyśmy się autobusem.

Pierwszy dzień w Tromsø wykorzystałyśmy na zwiedzanie miasta. To trochę dużo powiedziane, bo ścisłe centrum nie jest zbyt duże. Tutaj muszę wyrazić swoją opinię - samodzielne eksplorowanie miast północnej Norwegii zimą to jednak kiepski pomysł. Ja na pewno tego nie polecam, zwłaszcza, że od jakiegoś już czasu miasta mnie męczą. Tamtejsze nie są nawet duże, panuje tam bardzo specyficzna atmosfera. To, że jest ciemno, zimno, wieje, pada i nie dzieje się zbyt wiele, to truizmy, ale wszystko to razem sprawia, że "zwiedzanie Tromsø zimą" przypomina zwiedzanie Ustki zimą. W nocy. Nigdy nie byłam w Ustce zimą w nocy, ale przypuszczam, że to nic ciekawego.

Mimo wszystko jednak miasto ma swój urok.

Tromsø - miasto miłości. Chyba.
 Może to właśnie dlatego spędziłyśmy dwa dni na robieniu dokładnie niczego. Centrum Tromsø znajduje się na wyspie Tromsøya, natomiast posiada też część lądową, a także rozciąga się na wyspę Kvalsøya. Na części kontynentalnej, nieopodal Katedry Arktycznej i głównej drogi, niemal pionową ścianą wyrasta góra Storsteinen, na którą można wjechać kolejką linową. Nie jest ona wysoka, sięga 420 m nad poziomem morza, jednak wygląda efektownie.

Do tego, jak można się domyśleć, wydaje się być najlepszym miejscem do wypatrywania zorzy.
Tak - to na tę właśnie górę planowałyśmy wejść przez cały nasz pobyt w Tromsø...

Pomniki porozmieszczane po całym mieście symulują większe zaludnienie
Do wszystkich ciekawostek o mieście docieram w zasadzie dopiero teraz. Dodatkowo korzystanie z uroków miasta utrudniało nam to, że zatrzymałyśmy się u różnych hostów, którzy mieszkali po zupełnie różnych stronach Tromsø, a do tego podczas nocy polarnej zegar biologiczny ulega takiemu zaburzeniu, że cały czas ma się wrażenie pory na spanie.

W nocy wybrałam się z Aengusem, u którego się zatrzymałam, na dumpster diving - dla nieobeznanych, po prostu buszowaliśmy po supermarketowym śmietniku w poszukiwaniu zdatnych do spożycia, acz niekoniecznie do sprzedaży, produktów.
Efekty? Zgodne ze wszystkim, co kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć na temat freeganizmu w Skandynawii! Wróciliśmy do domu z mnóstwem mango, pomidorów, ciastek, mozarelli, jogurtów, chleba... Aż trudno momentami było wtaszczyć to wszystko po ośnieżonych, stromych drogach "na skróty".

Drugiego dnia natomiast przypadał Sylwester. Początkowo planowałyśmy spędzić go na imprezie z którymś z hostów, kiedy jednak udało nam się zjeść wspólnie śniadanie o 13 i wyjść z domu o 15, postanowiłyśmy zmienić trochę plany i przejść w 2017 rok na górze, popijając wino i, być może, podziwiając zorzę.

Arktyczna Katedra, wizytówka Tromsø
 Cóż, i ten plan się nie udał. Koniec końców o północy wylądowałyśmy w porcie, co mnie, jako fankę portów, bardzo ucieszyło. Przedtem jednak...

PIERWSZE ZETKNIĘCIE Z ZORZĄ

Magda, po wyjściu z domu Aengusa, zadzwoniła do mnie. Upewniła się, gdzie jest przystanek, po czym krzyknęła:
 - A w ogóle, stara, wychodź z domu, bo zorzę widać!
Wooooow!! Aż pisnęłam, szybko wciągnęłam buty bez sznurowania i czym prędzej wybiegłam z domu, patrząc w niebo i pędząc na drogę, do Magdy.
Na niebie było widać cienką, jasną smugę.
 - To chyba jest zorza, nie? Czy chmura?
Na chmurę to nie wyglądało. Czyli zorza?
Czyli zaraz, zaraz... Nie ma tańczących, zielonych świateł, rozlewających się po całym niebie? To naprawdę wszystko?..

 Jak widać, pierwsze dni nie zwiastują nic ciekawego. Na szczęście, później było już lepiej, o czym napiszę kolejnym razem - do zobaczenia!

sobota, 24 grudnia 2016

Święta, święta, a po świętach...

Opłatki już przełamane, prezenty rozdane, groch z kapustą powoli miesza się w brzuszku z sernikiem. Korzystając z okazji, że rodzina wyszła na pasterkę, a ja sama mam w końcu chwilę na złapanie oddechu, biorę się za nadrabianie zaległości. Już w tej chwili mam całe mnóstwo tematów, które chciałabym poruszyć - są to zarówno podróżnicze opowieści, porady, zabawne anegdoty, ciekawostki, jak i ekologiczno-domowe odkrycia, ale także swego rodzaju zwierzenia z długotrwałych procesów dochodzenia do świadomości własnej osoby i samoakceptacji. Krótko mówiąc - pomysłów jest o wiele więcej niż wolnego czasu, w którym mogę pisać.
Dziś jednak chciałabym napisać o czymś innym. O czymś, co zupełnie nie wiąże się ze świętami, za to pośrednio z ekologią, a bardzo mocno z podróżami i moim brakiem czasu w ciągu ostatniego miesiąca. Cofnijmy się o półtora miesiąca...

PIERWSZA POŁOWA LISTOPADA

Właśnie dowiedziałam się, że mój dobry kolega wyruszył w podróż. Skubany! Niedawno przecież rozmawialiśmy, powiedział tylko, że w listopadzie będzie w Szkocji. A tu nagle widzę na Facebooku posty ze Szwecji, z Norwegii, Szkocji... i dostaję od niego wiadomość, że za dwa dni leci do Brazylii! No co za... Żebym ja umiała siedzieć tak cicho! Ale Norwegia? W październiku? Musi być strasznie zimno. O, ale zapomniałam o tym, że istnieje coś takiego, jak zorza polarna. I ta pocztówka z Lofotów, która wisi nad biurkiem współlokatorki, każdego dnia niemo zapraszając mnie w swoje strony...
Krótki research: "Zorzę polarną najlepiej jest obserwować w marcu".
Super. Pojadę w marcu do Norwegii.

KILKA DNI PÓŹNIEJ

Hej, ale przecież w marcu nie będę miała wolnego. Zacznie się ostatni semestr studiów, kryzys życiowy, pisanie pracy magisterskiej, chaos, kolokwia, nauka do egzaminu, nie da rady pojechać sobie wtedy tropić zorzę. Za to w lutym jest trochę wolnego, może jednak zdecyduję się na luty? Czy w lutym w Norwegii da się przeżyć?
Krótki research. Nie wiadomo, czy da się przeżyć w lutym, ale jacyś ludzie organizują wyprawę z Polski w pierwszej połowie stycznia. Hm. Skoro organizują wyprawę w styczniu, to znaczy, że da się to zrobić.

Nie mam planów na Sylwestra.

Może by tak zamiast Sylwestra z Jedynką spędzić Sylwestra z (być może) zorzą? I (na pewno) ze śniegiem?

Szybki telefon do przyjaciółki:
 - Wiesz, myślałam o tym, żeby pojechać po świętach do Norwegii...
 - O MÓJ BOŻE I SPĘDZISZ SYLWESTRA NA KOLE PODBIEGUNOWYM?! SUPER!!
 - No właśnie dzwonię do ciebie, żeby się upewnić, czy to da się zrobić.
 - Jasne, że tak! Są nawet takie wyprawy, że się jedzie gdzieś za cywilizacje i spędza Sylwestra w namiocie, obserwując zorzę!
 - Nie mam takiego dobrego sprzętu.
 - Możesz wypożyczyć.
 - Wiesz, myślałam raczej o tym, żeby wbić na jakąś imprezę na Couchsurfingu.
 - A, no tak też można.

Po zostaniu obsypaną poradami i entuzjazmem wróciłam do pokoju z (głośną) dobrą nowiną na ustach: Sylwestra spędzam na kole podbiegunowym!

DRUGA POŁOWA LISTOPADA

Sprawdziłam mniej więcej ceny, odległości, połączenia, temperatury. Wybrałam miejsca. Trochę przypadkowo, to fakt. Nieważne. W każdym razie, obawiam się, że największą część funduszy mogą pochłonąć sprzęty - w końcu nie pojadę pod biegun w wełnianym płaszczu z Zary, martensach i hipsterskich dżinsach. To znaczy, można, ale wolałabym wrócić, wrócić żywa, zdrowa, a do tego w jednym kawałku. Z każdym jednym paluszkiem. I z nosem. Pora więc na kolejny research, research ubraniowy.
W krótkim czasie udało mi się zgromadzić najważniejsze rzeczy: puchową kurtkę, kupioną w lumpie za 36 złotych, górskie zimowe buty przekazane od przyjaciółki, spodnie narciarskie pożyczone od współlokatorki, sportową bluzę nieprzepuszczającą wiatru znalezioną na wymiance...

Hej. Wygląda na to, że mój plan jest coraz bardziej realny. Trochę straszno, trochę cudno.


POCZĄTEK GRUDNIA

Sprzęt kupiony, wolne pewne, w listopadzie udało się trochę przyoszczędzić, nawet już znalazłam hosta na Sylwestra... Pora kupować bilety. Uhu!

Miałam kilka wytypowanych osób, z którymi dobrze się dogaduję, które, jak sądziłam, dobrze by się poczuły na takiej wyprawie i być może miałyby akurat czas. Okazało się jednak, że każdy ma już inne plany lub z takich czy innych powodów nie może się ze mną wybrać. Początkowo nawet mnie to cieszyło, z czasem zaczęłam się zastanawiać, co ja będę na przykład robić sama w drodze do Bodø, która zajmie mi niemal 24 godziny.

POŁOWA GRUDNIA

 - O, jedziesz do Norwegii? Do kiedy tam będziesz?
 - Do piątego stycznia.
 - Ach, ja wracam pierwszego...
 - Co? Też będziesz w Norwegii?
 - Moi rodzice mieszkają w Oslo!

I tak od tej rozmowy się zaczęło - jednak nie jadę sama!

Plan więc wygląda w ten sposób, że za dwa dni, 27 grudnia wieczorem, wylatuję z Gdańska do Trondheim. Stamtąd razem z Magdą dostajemy się ekspresem polarnym do Bodø, skąd jeszcze kolejnego dnia pojedziemy do Tromsø.
Będzie bardzo na północ. Będzie bardzo zimno. Będzie bardzo dużo śniegu, którego we Wrocławiu już się nie uświadczy.

Jak to wszystko wyjdzie w praktyce?

To się okaże i na pewno o tym napiszę! Jeśli nie zamarzniemy.

A tymczasem pora wracać do stołu, dopchać się kapustami i świątecznym likierem.

W ferworze przygotowań do wyjazdu życzę Wam spokojnej, świątecznej atmosfery, ciepła rodzinnego, a w 2017 roku dużo silnej woli do wykorzystywania domowej roboty specyfików i ekscytujących, ubogacających podróży!

niedziela, 18 grudnia 2016

Eko-pranie bez kasztanów i orzechów

   Jak już pisałam wcześniej, płyn do prania z kasztanów okazał się niewypałem. Najpierw zbieranie kasztanów, później rozłupywanie, przerabianie, próby ususzenia ich, czyszczenie pleśni z pojemników, a to wszystko tylko po to, aby dowiedzieć się, że w zasadzie ani to nie pierze, ani żadnych cudów nie czyni. Ekologiczne, ale nieskuteczne. A orzechy piorące? Sama nigdy z nich nie korzystałam, przyznaję bez bicia - jednak jeśli wierzyć znajomym i informacjom znalezionym w internecie (zarówno na blogach jak i w badaniach), efekt jest dokładnie taki sam - tyle tylko, że orzechy są droższe, pakowane i sprowadzane z Indii. Czyli nie dość, że nie działa, to jeszcze trzeba do tego dorzucić cały ślad węglowy samolotu lecącego przez pół świata - nie dość, że nieskuteczne, to jeszcze nieekologiczne.

   Co więc w zamian?
   Po przeszukaniu internetu w poszukiwaniu czegoś, co pozwoli mi zrobić (och, koniecznie zrobić!) cokolwiek, czym będę mogła wyprać ubrania z lżejszą świadomością i z efektem czystych ubrań (wreszcie), zdecydowałam się w końcu kupić wielką paczkę sody i boraksu (co wykorzystywałam też w płynie do mycia naczyń). Znaleźć sodę w kilogramowej paczce nie przedstawia większych trudności, natomiast z boraksem wcale nie jest tak łatwo. Zależało mi na tym, żeby nie kupować wysyłkowo (transport -> ślad węglowy rośnie, a jeśli można tego uniknąć, to czemu by nie?), natomiast okazało się, że boraks uznaje się za substancję toksyczną i uzyskanie pozwolenia na jego sprzedaż przedstawia pewne trudności. Jak to rzeczywiście jest z tą toksycznością? O tym można przeczytać tutaj, w dużym skrócie zaś - plotki głoszą, że boraks może powodować problemy z płodnością, natomiast nie zostało to potwierdzone. Badania na szczurach (kilkupokoleniowe!) oraz obserwacje pracowników fabryk wytwarzających boraks wykazują brak jakiegokolwiek toksycznego czy ograniczającego płodność działania.

Oczywiście przygotowując proszek nie zauważyłam różnicy między sodą oczyszczoną a sodą kalcynowaną. W płynie do mycia naczyń wspominałam o tym, że podgrzewałam sodę, aby zmienić jej strukturę, natomiast przy proszku w ogóle nie zwróciłam na to uwagi - następnym razem kupię od razu sodę kalcynowaną.

  Jak zrobić ekologiczny proszek?
   Przepisów w internecie jest mnóstwo, wszystkie jednak opierają się na tych samych składnikach w różnych proporcjach. Mój proszek został sporządzony tak:
  • 0,5 kg sody (omyłkowo oczyszczonej - nie powtarzajcie moich błędów i dajcie od razu kalcynowaną),
  • 0,5 kg boraksu,
  • ok. 1/8 kostki szarego mydła roślinnego (czyli najtańszego z Tesco),
  • opcjonalnie ulubiony olejek eteryczny
Trudne? Nie sądzę. Wystarczy zmieszać wszystkie sypkie składniki i przesypać je do jednego pojemnika dla łatwiejszego dozowania. Internet mówi, że na jedno pranie wystarcza jedna lub dwie łyżki stołowe, ja używam proszku więcej, bo nigdy nie radziłam sobie z praniem i nie ufam mojej sodzie oczyszczonej ;) Przy wsypywaniu proszku do pralki dolewamy kilkanaście kropel olejku, dla lepszego utrzymania zapachu dobrze jest dolać do komory przeznaczonej na płyn do płukania.

  Jak to działa?
  Ooooj wspaniale!! Muszę się przyznać do jednego - moje ubrania są wiecznie zaplamione. Pryskający keczup, rozlana herbata, spadające z kanapek pomidory i kapiąca zupa to zjawiska, z którymi muszę sobie radzić dziwnie często, zwykle bez dobrych skutków. Pranie kasztanami nie zdało egzaminu z tego właśnie powodu - brudne ubrania wrzucone do pralki po wyciągnięciu były... nadal brudne. Natomiast już pierwsze pranie z użyciem nowego proszku wywołało u mnie stan bliski euforii - wreszcie ciuchy po praniu są uprane! Czyste, ekologiczne, pachnące lawendą, bez plam, cudownie...
Gdyby nie ciemna strona mocy.
Wiadomo, że w życiu nic nie jest idealnie i zawsze musi być jakiś minus. Co tym razem? Standard - plastikowe butelki. Zgaduję, że plastikowe butelki i tak są o niebo lepsze od nieprzetwarzalnych opakowań, ale czy w takim razie mój proszek ma aż taką przewagę nad ekologicznym proszkiem do prania kupionym w kilkukilogramowej paczce? Cóż, do tego musiałabym sprawdzić wydajność mojego proszku i kupnego. Do tego soda i boraks mogą też posłużyć do całego mnóstwa innych zastosowań, spośród których płyn do mycia naczyń jest tylko jednym. Z sody (tym razem oczyszczonej!) można zrobić nawet szampon czy pastę do mycia ciała.
Szczególnie jeśli rzeczywiście na jedno pranie miałoby wystarczyć kilka łyżek stołowych, myślę, że to wciąż lepszy wybór niż proszek, którego trzeba nasypać więcej, a do tego pewnie został sprowadzony z zagranicy. Czy recyklingowalne opakowanie jest tego warte? To po raz kolejny jest wybór między większym a mniejszym złem.

Tak czy inaczej - z czystym sumieniem polecam ten sposób na pranie. Jest to zdecydowanie najlepszy środek, jaki do tej pory znalazłam, przyjazny zarówno dla środowiska, jak i dla użytkownika. Cenowo natomiast jest porównywalny z chemicznymi proszkami do prania lub niewiele tańszy - za 2 kg proszku zapłacimy niecałe 20 złotych, pod warunkiem, że wybierzemy stacjonarne sklepy.
W Biogo, gdzie robiłam zakupy we Wrocławiu, 1 kg boraksu kosztuje 9,99 zł, natomiast 1 kg sody kalcynowanej 7,49 zł. Za mydło zapłaciłam chyba 1,49 zł. Najdroższy z pewnością jest olejek, ale tutaj dużo zależy od indywidualnych upodobań, jako że ceny wahają się od 7 zł do nawet 20. Taki olejek jest za to bardzo wydajny i można dodawać go nie tylko do proszku czy płynu, ale też do domowego dezodorantu czy oleju do ciała. No, do wszystkiego!

niedziela, 11 grudnia 2016

Droga do Serbii - cz. 2

Siedząc gdzieś na skrawku trawnika przy wyjeździe ze stacji benzynowej nieporadnie próbowałyśmy się osłonić od słońca i dyskutowałyśmy na temat tego, jak będzie dalej wyglądało nasze życie, które prawdopodobnie już do końca spędzimy w tym samym miejscu, gdy niespodziewanie usłyszałyśmy piękną polską mowę:

 - To jak, dziewczyny, dokąd jedziecie?

Tak, to kolejny przypadek bohaterskiego uratowania autostopowiczek przez kierowcę ciężarówki. Okazało się, że Przemek, bo tak mu na imię, jechał akurat do Rumunii, więc jak najbardziej po drodze było mu podrzucić nas do Szeged, które leży przy granicy węgiersko-rumuńsko-serbskiej. Przebyta razem trasa minęła w okamgnieniu - to między innymi dla takich kierowców jeździ się stopem. Wszystkie stereotypy na temat kierowców zostały przełamane, rozmawialiśmy na wszystkie tematy zupełnie jakbyśmy znali się od dawna, wydawało się także, że w większości spraw nasza trójka ma bardzo zbieżne poglądy. Ciekawe, merytoryczne, elokwentne rozmowy, aż chciało się zmienić kurs i pojechać do Rumunii.

W Szeged natomiast szybko okazało się, że lokalizacja tak bliska granic sprzyja dużej gęstości autostopowiczów na stacji benzynowej.
Kiedy przyjechałyśmy, poznałyśmy parę autostopowiczów z Niemiec, którym szybko udało się znaleźć podwózkę. Okazało się jednak, że nasza dalsza podróż nie miała się rozpocząć tak szybko! Po pewnym czasie bezowocnego pytania kierowców i zapuszczania korzeni postanowiłam, że pójdę jeszcze umyć włosy, bo w końcu to może być moja ostatnia okazja w ciągu najbliższych... długo. Kiedy wróciłam z łazienki, Kasia przedstawiła mi Martina i Babbis:
 - Oni też jadą na Rainbow!

Oooo, czyli rodzina!

W szczytowym momencie na stacji były 4 pary autostopowiczów, w tym para zmęczonych Polaków, skrywających się gdzieś za rogiem oraz Holendrzy jadący do Bułgarii. Przez większość czasu przyjeżdżały i odjeżdżały samochody wypełnione po brzegi bagażami i rodzinami z krajów Bliskiego Wschodu, a my siedzieliśmy, otoczeni plecakami i torbami, wybiórczo podbiegając co jakiś czas do kierowców, którzy wydawali się mieć choć trochę miejsca wolnego.


Czas oczekiwania na stacji w Szeged upływał bardzo przyjemnie!
W końcu jednak podjechali ONI. Biały van z przyczepą kempingową, prowadzony przez parę Brytyjczyków o artystyczno-hipisowskiej aparycji. Rozdzieloną czaszką w hełmie wikinga. Czym prędzej podbiegłam zapytać kobiety, czy możemy się zabrać, odpowiedź jednak była niejasna - tak, w sumie mogłybyście, ale musiałybyście jechać w przyczepie, a tam jadą psy, to duże psy, w sumie to nie fair, żebyście jechały z psami... ale gdyby się zdarzyło tak, że utkniecie...
Ok, czyli w końcu co?

Wkrótce mieliśmy okazję poznać także rzeczone psy, które, wypuszczone na spacer, same do nas podbiegły. Wtedy zdecydowałam podejść jeszcze raz, może tym razem spytać mężczyzny? Odpowiedź była jaśniejsza - jasne, możemy was zabrać do Novego Sadu! Na moje pytanie, czy przekraczanie granicy w przyczepie jest legalne, odparł: "najwyżej wysiądziecie, a za granicą zabierzemy was znowu".
Wróciłam uradowana do naszej ekipy, ale Martin szybko zasiał we mnie na nowo ziarno wątpliwości, mówiąc, że nie da się przekroczyć granicy w przyczepie. Ale jak to się nie da? Jak to właściwie jest na serbskiej granicy? Czy serbska straż graniczna jest bardzo groźna? Serbska policja? Co się może stać w najgorszym przypadku?
Kiedy zbierałyśmy nasze bagaże i pakowałyśmy się do środka, Martin i Babbis zapytali, czy mogą też się zabrać.

 - Jeśli tylko się zmieścicie...

Oczywiście zmieściliśmy się. Resztę drogi przebyliśmy na ogromnym łóżku, ściśnięci w czwórkę z wielkim, niewidomym psem o imieniu Wilbur. George, drugi pies, wybrał leżenie na podłodze, na niewielkiej przestrzeni pomiędzy naszymi plecakami, torbami i namiotami.
Temperatura wewnątrz wynosiła pewnie grubo ponad 40 stopni, tonęliśmy w psiej ślinie, będąc deptanymi co i rusz, ale ekscytacja i tak sięgała zenitu.
Hitami były źle posklejane zdjęcia panoramiczne.


Pewnie zastanawiasz się teraz, jak to było z tą granicą? Cóż. Na wyjeździe z Węgier celnik spojrzał tylko do środka i powiedział:

 - Cztery osoby? To cztery paszporty poproszę.

Na serbskiej z kolei jedyna różnica polegała na zapytaniu nas o to, czy mamy coś do oclenia. Ot, i cały ambaras. W ciągu dalszej drogi zdarzyło się nam jeszcze, że zatrzymaliśmy się gdzieś, a niedługo później znowu. Za drugim razem podszedł do nas Paul:

 - Nic się nie stało, policja nas zatrzymała, bo nie mieliśmy zapiętych pasów.

Zaraz... a my? My też nie mieliśmy zapiętych pasów, jakie w ogóle pasy...
Po drodze dowiedzieliśmy się jeszcze, że Jayne i Paul przeprowadzają się właśnie z Wielkiej Brytanii do Bułgarii, gdzie będą budować vany. I zapraszają, jeśli będziemy w okolicy. Cudownie!

Przed Novym Sadem zostaliśmy wysadzeni na stacji benzynowej, która niczym nie przypominała Szeged. Pusto, głucho, w budynku tylko pracownicy... Ja i Kasia miałyśmy łapać jako pierwsze.
 - O, ale w Serbii można łapać na autostradzie! - przekazała nam podekscytowana Babbis.
 - Jak to, to jest legalne?
 - Nie, ale nikt nie zwraca na to uwagi!

Hm... Pierwsza łapać poszła Kasia, ja miałam czatować na stacji i zbierać siły do wyjścia na palące słońce.


Wkrótce jednak się zmieniłyśmy i po jakimś czasie zatrzymał się pierwszy samochód.

 - Czy jedzie pan do Novego Sadu?
 - Tak.
 - A zabierze pan dwie osoby?
 - Tak.
Tutaj poszłam na żywioł, widząc, że auto jest całkiem puste...
 - A cztery??

Kierowcy chyba głupio było odmówić, niemniej jednak dowiózł naszą całą czwórkę na przedmieścia, skąd doszliśmy do centrum już pieszo.